Polityka

Powtórka z Habsburgów: Selfie z księżniczką Sissi

Artykuł opublikowany 27 października 2014
Artykuł opublikowany 27 października 2014

Sto lat temu, wraz z I wojną światową zaczął się początek końca Monarchii Austro-Węgierskiej. Skutki tego powolnego upadku widoczne są do dzisiaj. Reportaż na tropach imperialnych pozostałości w Wiedniu

Austria bez Habsburgów? Czy coś takiego w ogóle istnieje?” – słowa mojego znajomego historyka z New Jersey rozbrzmiewały w mojej głowie, gdy wysiadałem z samolotu w Wiedniu. Nie miałem wątpliwości co do słuszności jego słów, co nie zwalniało mnie z obowiązku poczynienia własnycj obserwacji. Pierwsza Wojna Światowa położyła kres kilkusetletnim rządom dynastii Habsburgów i zakończyła epokę Monarchii Austro-Węgier. Dziś Austria jest republiką, która znacznie skuteczniej niż Niemcy rozprawiła się ze swoją arystokracją. I pomimo tego, że co jakiś czas redaktorzy sekcji lifestylowej austriackich magazynów nazywają Glorię von Thurn Und Taxis księżniczką, wszystkie tytuły arystokratyczne są w Austrii nielegalne. A jednak oto znalazłem się w Wiedniu w poszukiwaniu monarchii, która w zasadzie już nie istnieje.  I nie jestem jedynym takim śmiałkiem - w 2012 roku ponad 4 miliony turystów odwiedziło m.in. Hofburg, Hiszpańską Szkołę Jazdy Konnej oraz, co ważniejsze, Pałac Schönbrunn. Zaopatrywali się przy tym w pierwsze lepsze pamiątki królewskie, jakie wypatrzyli w wiedeńskich sklepach z pamiątkami.

Czy podobni mi turyści z obsesją na punkcie kiczu są jedynymi istotami, które podtrzymują pamięć o Monarchii Austro-Węgierskiej? Wychodząc z metra zdaję sobie sprawę, że ze swojego pomnika bacznie obserwuje mnie cesarzowa Maria Teresa. Wtedy uświadamiam sobie, że nie przyjechałem przecież do Wiednia tylko dla magnesów z podobizną księżniczki Sissi i statuetek z Franciszkiem Józefem.

Moim zadaniem jest dowiedzieć się, czy monarchia jest dla przeciętnego Austriaka czymś więcej niż atrakcją turystyczną. Chcę dotrzeć do samego sedna sprawy – jeśli coś takiego istnieje.

Zabytkowe ścinki paznokci z cesarskich stóp

Za pierwszy przystanek na mojej trasie obieram dom aukcyjny „Dorotheum”. Ze strony internetowej instytucji dowiaduję się, że raz w roku serwowane są tam oryginalne cesarskie i królewskie eksponaty. Mnie jednak najbardziej interesują kupujący - możliwe, że znajdę wśród nich prawdziwych monarchistów. Rzecznik „Dorotheum” Doris Krumpl informuje mnie, że ta coroczna aukcja należy do jednej z najpopularniejszych. Dostaję od niej katalog informacyjny wydarzenia. Po pobieżnym zapoznaniu się z jego treścią i cenami, postanawiam zrewidować moje negatywne podejście do magnesów na lodówkę. Zakupy w „Dorotheum” zdecydowanie wykraczają poza moje możliwości finansowe. Jednym z najdroższych eksponatów w tym roku był kapelusz jeździecki księżniczki Sissi, który został wyceniony na 4 000 euro a sprzedany za 100 000 euro. Pozostałe „produkty” są tańsze, aczkolwiek nieco bardziej osobliwe. Ostatnio reklamowano na przykład ścinki paznokci ze stóp cesarza - certyfikowany autentyk. Krumpl twierdzi, że przeciętnego klienta do zakupów skłania przede wszystkim fascynacja Monarchią Austro-Węgierską i nostalgią za dawnymi czasami. Doris nie potrafi jednak powiedzieć, czy wśród tych osobliwych gości są również polityczni zwolennicy monarchii.

Niedaleko od domu aukcyjnego znajduje się Cesarska Krypta. Przewodniczka z austriackim akcentem tłumaczy grupie angielskich turystów blokującej wejście, że od 1663 roku wszyscy członkowie rodu Habsburgów (z nielicznymi wyjątkami) byli chowani właśnie tutaj. Nie mam czasu na lekcje historii, więc od razu kieruję swoje kroki do kościoła nad grobowcem. Tuż za drzwiami kościoła wisi podobizna Karola I, cesarza Austro-Węgier w latach 1916-1918. Wąsaty władca stoicko spogląda w lewo. Jego podobizna ozdabia kartki wielkości papierośnicy, a jego mundur zdobią niewielkich rozmiarów srebrne medale. „Już święty” - oświeca mnie zakonnik opróżniający puszkę z darami. Dowiaduję się, że Karol I został beatyfikowany w 2004 roku. Od tamtej pory można obcować ze świętością za jedyne euro. Czuję, że powoli odżywają we mnie demony ucznia ze szkoły katolickiej. Z namaszczeniem darowuję monetę i opuszczam kościół z mym własnym maleńskim świętym obrazkiem w garści. Po podróży do Wiednia spodziewałem się bardzo wiele. Obcowanie z kwientesencją cesarskości oraz świętymi nie były jednak na mojej liście.

Schodzę po schodach do krypty. Znak przy wejściu jednoznacznie zakazuje „politycznych deklaracji”. Czy to sprawka zagorzałych monarchistów, czy rozeźlonych republikanów? Wyobrażam sobie dramatyczne realizacje obu scenariuszy. Już samo to miejsce sprawia, że dociera do mnie wreszcie sens słów piosenki „Der Todd da muss ein Wiener sein” (Śmierć musi nadejść z Wiednia, red.) Georga Kreislera. Wieka ułożonych w rzędzie trumien zdobią berła, korony i piszczele. Puste oczodoły czaszek uszlachetniających trumny pusto wypatrują czegoś w półmroku. Koło jednej z trumien leży wieniec: „Od monarchistów z Moraw” – głosi napis na taśmie. Jednak po monarchistach ani śladu. Jest tu tylko grupka dziewcząt, które robią sobie zdjęcia przed trumną cesarzowej Sissi, która tu przypomina raczej Romy Schneider niż samą siebie.

Krypta ta to jednak coś więcej niż turystyczna atrakcja. Spoczywają tu bowiem nie tylko członkowie rodziny królewskiej. Kiedy w 2011 roku zmarł syn ostatniego cesarza Karola I – Otto Habsburg, nie pochowano go w Pöcking, jego przybranym domu w Bawarii. Karawaniarze, odziani w mundury na modłę austrowęgierską, zanieśli trumnę ozdobioną herbem Austro-Węgier do Cesarskiej Krypty Kościoła Kapucynów. Podczas mszy w katedrze, w której uczestniczyli m.in. prezydent i kanclerz Austrii, odśpiewano cesarski hymn: „Boże zachowaj i chroń naszego Cesarza, nasz kraj”.

Dwugłowy orzeł wylądował

Następnego dnia udaję się do 13 dzielnicy miasta. „No tak, tam gdzie cesarz czuje się jak w domu” – śmieje się znajoma z Wiednia, gdy o tym wspominam. Jednak na pierwszy rzut oka nie jest to wcale takie pewne. Nie ma już bulwarów, łuków triumfalnych ani pozostałych wszędobylskich symboli wspaniałego imperium. Zamiast tego zastaję modne ogródki działkowe i powiewające przed niektórymi domami austriackie flagi. Skręcam w Hermesstraße, która według mojej mapy powinna zaprowadzić mnie do domku myśliwskiego zbudowanego na polecenie Franciszka Józefa dla cesarzowej, by ta mogła komfortowo spędzać więcej czasu w Wiedniu. Mnie jednak nie te podudki kierują do cesarskiego przyczółka - ja idę tam porozamwiać z Nicolą Farą. Wystarczy jeden rzut oka na jej skrzynkę pocztową, by wszystko zrozumieć – krzykliwa naklejka głosi: „Monarchia, koronacja demokracji”. Fara wita mnie w drzwiach; ma na sobie błękitną bluzkę ozdobioną złotą broszką z dwugłowym lwem. Jako wiceprezes partii Czarnożólte Przymierze, Fara całym sercem popiera powrót monarchii konstytucyjnej.

Ale na tym nie koniec. Według Fary kraje naddunajskie powinny połączone w bloku centralnoeuropejskim przez jednego władcę – cesarza. Czy to nie stało by w konflikcie z polityką UE? – pytam. „Unia Europejska się rozpadnie” – mówi Fara. Ciekawe. Na pytanie dlaczego wspomnianym blokiem musi rządzić akurat jeden arystokratyczny władca, Fara odpowiada, że Habsburgowie mieli całe pokolenia, by nauczyć się obchodzić z władzą. Są oni w stanie lepiej zarządzać krajem niż zwykli śmiertelnicy, tacy jak ona czy ja, którzy łatwo wpadamy w pułapkę „rządzy władzy”. Postanawiam nie dzielić się z nią informacją o tym, że kiedyś przykleiłem swoją głowę do austrowęgierskiego munduru w Photoshopie. Nie dowiem się od Fary, ilu członków liczy jej partia. Od kobiety bije jednak pewność, że sukces polityczny partii jest tylko kwestią czasu. Przy ostatnim zbieraniu podpisów ugrupowaniu zabrakło jedynie 300 głosów, by mogła startować w wyborach. Fara wierzy, że jeśli tylko partia dostanie szansę w następnych wyborach, wyniki zaskoczą wszystkich. Jej zdaniem Austriacy z pewnością doceniliby oparcie w postaci władcy oraz posiadanie rodziny królewskiej, z której możnaby brać przykład. Na końcu zadaję najważniejsze pytanie: Czy Karol Habsburg, wnuk ostatniego władcy i obecna głowa rodziny królewskiej, chciałby w ogóle zostać cesarzem? Na to pytanie Fara nie zna jednak odpowiedzi.

Odpowiedzi na nie udziela mi jednak Peter Pritz, który również nosi broszkę z dwugłowym lwem. Naczelny adiutant rodziny Habsburgów jest jedną z najbardziej zaufanych osób w otoczeniu Karola. Jest byłym żołnierzem i założycielem stowarzyszenia militarnego, które bierze udział w rekonstrukcjach historycznych jako kawaleria dywizji artylerii. Kiedy wspominam partię monarchistów, Pritz odpowiada: „Szefowi to się zupełnie nie podoba” i uśmiecha się nieznacznie. Najwyraźniej Karol nie ma ochoty objąć tytułu Cesarza Karola II po swoim wyniesionym do rangi świętych dziadku. Mimo tego Pritz nazywa Karola Habsburga „Jego Wysokością”. Gdy jednak pytam, czy jest monarchistą, zaprzecza. Przysiągł wierność Republice Austriackiej i jest republikaninem. Tytuł ten traktuje jako wyraz należnego szacunku, który nie ma nic wspólnego z cesarskimi zapędami. Choć nie jestem w stanie podzielić tego szacunku, nie mogę również powstrzymać się od podziwu dla jego oddania.

Czy w tym szaleństwie jest metoda? - zastanawiam się w drodze powrotnej. Czy znalazłem w Wiedniu to, czego szukałem? Pośród cesarskich mundurów, otoczonych czcią dewocjonaliów, beatyfikowanych cesarzy i prawdziwego oddania, przypominam sobie Cesarską Kryptę i Georga Kreislera. Nagle przychodzi mi do głowy najbardziej wiedeński termin jaki znam: „A Scheene Leich” (Piękny pogrzeb, piękne ciało, red.). Może tym właśnie jest dziś monarchia wiedeńska: pięknym ciałem, symbolem tego, co już dawno przeminęło? Myślę o Farze i nie jestem pewien, czy by się ze mną zgodziła. Pritz natomiast, zgodziłby się z pewnością.

TEN RE­POR­TAŻ JEST CZĘ­ŚCIĄ EDY­CJI PRO­JEK­TU „EU­TO­PIA: TIME TO VOTE”. PRO­JEKT JEST WSPÓŁ­FI­NAN­SO­WA­NY PRZEZ KO­MI­SJĘ EU­RO­PEJ­SKĄ, MI­NI­STER­STWO SPRAW ZA­GRA­NICZ­NYCH FRAN­CJI, FUN­DA­CJĘ HIP­POCRÈNE, FUN­DA­CJĘ CHAR­LE­SA LE­OPOL­DA MAY­ERA ORAZ FUN­DA­CJĘ EVENS.

. | .

. | .