Polityka

Rumunia: żarty się skończyły

Artykuł opublikowany 7 lutego 2017
Artykuł opublikowany 7 lutego 2017

Ponad 150 000 osób zebrało się w ubiegłą środę wieczorem w Bukareszcie, a 300 000 na terenie całego kraju po tym, jak rumuńskie władze wprowadziły ustawę łagodzącą wymiar kary grożącej za korupcję. To największe zgromadzenie, jakie odnotowano w Rumunii od upadku komunizmu.

„To dzień żałoby dla państwa prawa” – oświadczył prezydent Klaus Iohannis (z Partii Narodowo-Liberalnej – red.) na swoim profilu na Facebooku. Sam dołączył wcześniej do protestujących. Decyzja podjęta przez rząd Sorina Grindeanu (z Partii Socjaldemokratycznej – red.), mianowanego na premiera po wyborach parlamentarnych w 2016 roku, była dla niego ciosem. We wtorek wieczorem minister sprawiedliwości Florin Iordache ogłosił przyjęcie w trybie pilnym dekretu, który obniża kary za nadużycie władzy. To wzbudziło konsternację wśród obywateli, która szybko przerodziła się w wybuch złości. Według rumuńskiej prasy blisko 300 000 ludzi wyszło na ulicę środę wieczorem. Coś niespotkanego w Rumunii od upadku komunizmu.

Jednak pomijając rozmach środowych protestów, rząd mógł się ich spodziewać. Już od pewnego czasu znajdował się na celowniku protestujących. Od kilkudziesięciu dni odbywały się już manifestacje przeciwko reformie prawa karnego, która miała odciążyć więzienia. W ubiegłą niedzielę między 70 a 100 tysięcy obywateli uczestniczyło w protestach pomimo mrozu. Zebrali się nie tylko w Bukareszcie, ale także w wielu innych miastach kraju. I choć na pierwszy rzut oka sam projekt mógł wydawać się zupełnie uzasadniony – w końcu to prawda, że więzienia w Rumunii są przepełnione – to szczególne kontrowersje wzbudził jeden punkt. Ustawa wprowadzała zmianę, wedle której nadużycie władzy ulega depenalizacji w przypadku, gdy wyceniona strata nie przekracza 44 000 euro i w konsekwencji umożliwić ułaskawienie ok. 2500 polityków odsiadujących kary za korupcję.

Korupcja: wróg numer jeden

Kraj stał się więc teatrem ruchów społecznych o historycznym znaczeniu. I trzeba przyznać, że ma to miejsce w bardzo specyficznym kontekście, w którym walka z korupcją i wykuwanie się rumuńskiego społeczeństwa obywatelskiego od kilku lat nabiera coraz większego znaczenia.

Za namową Unii Europejskiej, Rumunia rozpoczęła kampanię antykorupcyjną na wielką skalę, między innymi poprzez powołanie NDA (Narodowej Dyrekcji Antykorupcyjnej), dzięki której skazano dziesiątki skorumpowanych polityków. Kary nie uniknęli także członkowie aktualnie rządzącej Partii Socjaldemokratycznej. Były premier Victor Ponta został objęty nadzorem sądowym za nadużycie władzy i uchylanie się od opodatkowania, a szef partii Liviu Dragnea ma proces o tworzenie fikcyjnych stanowisk pracy. Prokuratura wyceniła, że polityk wyłudził od państwa 24 000 euro. Przyjęty we wtorek zapis mógłby więc umożliwić mu uniknięcia kary więzienia. Zresztą, to właśnie sugeruje w RFI Rumunia Aurelia Crista, która odeszła z partii w środę: –  To jasne, że celem [tej ustawy] było uratowanie Liviu Dragnea.

Komisja Europejska podziela obawy posłanki. „Walka z korupcją musi postępować, a nie być udaremniana. Z wielkim niepokojem śledzimy ostatnie wydarzenia w Rumunii” oświadczyli przewodniczący Komisji Jean-Claude Juncker i jego pierwszy zastępca Frans Timmermans we wspólnym komunikacie. Przestrzegli także przed „regresją” państwa w dziedzinie korupcji i oświadczyli, że Komisja „będzie uważnie przyglądać się zmianom ustawodawstwa”.

Jednak tu chodzi o coś więcej, niż o ten konkretny rząd czy o tę konkretną ustawę. Cały ustrój jest sparaliżowany i przestarzały. W przeciwieństwie do byłych państw bloku komunistycznego, Rumunia nigdy nie skazała swoich komunistycznych rządzących najwyższego szczebla –  niektórzy pozostali nawet u władzy. Wielu zawiodło się na wynikach ostatnich wyborów, które umożliwiły Partii Socjaldemokratycznej utworzenie rządu większościowego. Partię Socjaldemokratyczną uważa się za jednego ze spadkobierców ustroju komunistycznego, partię skorumpowanych polityków, którzy cieszą się poparciem zwłaszcza starszej części społeczeństwa. Wywodzące się z rewolucji z 1989 roku ugrupowanie zostało założone przez Iona Iliescu, byłego bliskiego współpracownika Ceausescu i pierwszego prezydenta republiki – tego samego, którego skazano niedawno za zbrodnię przeciwko ludzkości, za Mineriadę w latach 90. Były polityk nawoływał górników do bicia studentów i innych manifestujących, którzy protestowali przeciwko nowemu rządowi oskarżając go o zawłaszczenie Rewolucji z 1989. Przy okazji grudniowych wyborów liczono na „wielką czystkę”, ale okazało się, że dobrze osadzona w kraju od 25 lat partia ma jeszcze spore poparcie wśród wyborców.

Na ulicy i w sieci, nowe bastiony opozycji  

Walka antykorupcyjna, czy też nawet antysystemowa, nie mogła się powieść bez udziału społeczeństwa obywatelskiego i obywateli. To społeczeństwo obywatelskie dało o sobie znać w 2012 i 2013 roku, podczas manifestacji przeciwko reformom zdrowia i projektom wydobywczym w Rosia Montana. Powstały organizacje i nowe media śledcze, takie jak Rise Project czy Casa Jurnalistului. Nie można już było ignorować opozycji stworzonej przez społeczeństwo obywatelskie. Ulica stała się jego bastionem. Skandal dotyczący szpitali? – Iesim în strada (wyjdźmy na ulicę). Zagrożone lasy? - Iesim în strada.

I opłaciło się: w grudniu 2013 roku Florin Iordache, będący wówczas przewodniczącym Izby Deputowanych, przedstawił projekt ustawy mający przyznać posłom immunitet. Odpowiedź z ulicy udaremniła jego plan. W listopadzie 2015 roku, po pożarze w klubie Colectiv w którym 60 osób zginęło, tysiące Rumunów wykrzykujących „korupcja zabija” zmusiło ówczesnego premiera Victora Pontę do rezygnacji. Premier nie był bezpośrednio uwikłany w sprawę, ale przedstawiono dowody świadczące o tym, że do pożaru doszło pośrednio wskutek korupcji. Oskarżony o nadużycie władzy Ponta stał się wówczas symbolem zła, którego trzeba się pozbyć.

I tym razem protestujący, wśród których jest wielu młodych i świetnie posługujących się nowymi technologiami ludzi urodzonych po 1989 roku, nie zamierzają się poddawać. Postawili na sprawną organizację: bardzo szybko zorganizowali kolejna manifestacje w Bukareszcie i kilku innych miastach w Rumunii i Europie. Wprowadzili #Rezist, dostępny w sieci niezbędnik nieposłuszeństwa obywatelskiego. Tam znajdują się wszelkie informacje potrzebne do zorganizowania manifestacji, a także numery telefonów członków rządu. Dwa hotele oferują nawet darmowe pokoje dla tych, którzy na protesty przybyli do stolicy z daleka. Manifestujący zamierzają przez kilka dni stać siedzibą rządu domagając się jego dymisji, wycofania wprowadzonych zmian w przepisach i rozpisania wcześniejszych wyborów.

Jednak w przeciwieństwie do poprzednich protestów, które doprowadziły do pożądanych zmian, tym razem nawet dymisja rządu nie unieważni dekretu. Rozwiązaniem byłoby, jak tłumaczy kolektyw Funky Citizens, żeby to Rada Konstytucyjna zajęła się sprawą i uznała tekst ustawy nie tylko za niekonstytucyjny, ale także „nul de drept” (dosłownie: pozbawiony prawa, nieważny). Niezależnie od wszystkiego, bardzo trudno jest w tej chwili przewidzieć co stanie się z ustawą i jaki będzie miała wpływ na nastroje w społeczeństwie obywatelskim. Najbliższe dni będę decydujące dla ustalenia, czy Rumunia wkroczy w erę post-korupcyjną, czy nie.