Polityka

Sprzeciwiając się wojnie: list do François Hollande'a

Artykuł opublikowany 3 lutego 2016
Artykuł opublikowany 3 lutego 2016

W 2012 roku byłam jedną z wielu, którzy głosowali na François Hollande'a we francuskich wyborach prezydenckich. Jako 22-latka po raz pierwszy oddałam głos w wyborach parlamentarnych.  Po trzech latach i dwóch atakach terrorystycznych zastanawiam się, kiedy głosowałam za Francją idącą na wojnę? W jaki sposób wojna otwiera drogę do zrównoważonego rozwoju? Mój list podyktowany głosem rozsądku.

Drogi Panie Prezydencie,

Żałuję, że nie piszę do Pana w innych okolicznościach. Mam na imię Katerina i mam 25 lat. Nie nazwałabym siebie ani „wredną" ani „miłą". Nie jestem muzułmanką ani też Francuzką z krwi i kości. Jestem jednak Europejką, a w paszporcie Francuzką, mimo że moja matka jest Hiszpanką a ojciec Grekiem.

Urodziłam się w dziesiątej dzielnicy Paryża i z racji, że spędziłam tu całe swoje życie, określiłabym się raczej mianem paryżanki. Bez wątpienia jestem też częścią „Pokolenia Bataclan”, które znalazło się na pierwszej stronie francuskiej gazety Libération w dzień po atakach, mimo, że byłam w tym klubie tylko raz. Z więlkim dystansem odnoszę się  do sloganów, a z jeszcze większym – do nagłówków gazet. Kim jeszcze jestem? Gdybym miała dokonać wyboru pomiędzy Libération i Le Figaro, to wybrałabym pierwsze z wymienionych. Z tej racji w 2012 roku głosowałam właśnie na Ciebie.

Głosowanie to wiara

Moje pierwsze głosowanie w wyborach parlamentarnych było dla mnie wielką chwilą. Nadzieja, radość, strach a także możliwość kształtowania przyszłości kraju – uczucia te były zdecydowanie ważniejsze niż złudzenie władzy, jaką mogę mieć. Cały ten późniejszy zapał oraz zwycięstwo lewicy nad prawicą i ogólna radość w jednym z najbardziej francuskich miejsc, jakie można sobie wyobrazić – na Placu Bastylii. Podsumowując – wszystko to, co związane jest z młodymi, ich nadziejami i idealizmem.   

Tak więc głosowałam na Ciebie. Ostrzegano mnie przed zbytnią ufnością, mówiono mi, że „system” jest większy i silniejszy niż Sarkozy, Hollande, Merkel, Schäuble, Papandreou, Tsipras, DSK czy Lagarde. Słyszałam, że w ostatecznym rozrachunku nie ma znaczenia, kto wygrywa, ponieważ „oni wszyscy są tacy sami”, a pieniądze przemawiają głośniej aniżeli ludzie. Słyszałam opinie, że stare demokracje są słabe, a głosowanie do niczego nie prowadzi, że równie dobrze możemy mieć to wszystko w nosie skoro politycy nigdy nie dotrzymują swoich obietnic.

Ostrzegano mnie przed tym wszystkim, ale mimo to nadal wierzyłam. Moje złudzenia rosły na pożywce Twojej obietnicy o uczynieniu młodych Twoim priorytetem. Mój otwarty młody umysł uwierzył w lewicowców i ich wartości: kulturę, problemy społeczne, edukację, ochronę zdrowia i państwo opiekuńcze. W swojej naiwności wierzyłam, że oddanie głosu na lewicę przyniesie więcej pożytku niż szkody oraz, że ten głos da początek zmianie, być może nie teraz, ale w najbliższej przyszłości, Insha’Allah (jeśli Bóg pozwoli) – chociaż tak naprawdę nie jestem muzułmanką! Mój skołowany otwarty umysł wierzył, że lewica opowiada się za wartościami takimi jak człowieczeństwo i tolerancja. Czuję się bezsilna z powodu swojej lekkomyślności. 

Oddałam swój głos na Ciebie. Jednak z perspektywy czasu zastanawiam się, kiedy dokładnie głosowałam za Francją idącą na wojnę. W jaki sposób wojna miałaby pomóc młodym tego kraju? Jak wojna może zapoczątkować zrównoważony rozwój? Moja mama przez dwadzieścia lat pracowała w szkole podstawowej „Priority Education Zone" (typ francuskiej szkoły mającej za zadanie wyrównywanie szans dzieci pochodzących z biednych środowisk, red.)  w dziesiątej dzielnicy. Podobnie jak mama zastanawiam się, dlaczego gwałtownie wzrósł budżet militarny podczas, gdy środki przeznaczone na edukacje zostały drastycznie zmniejszone.

Podobnie jak czołowi politycy myślę o nadchodzących wyborach. Jaki jest cel lewicy? Co osiągnęłaby prawica? Czy radykalna prawica jest jedynie kolejną iluzją? Co z mniejszymi partiami? Bez szans. Nie zagłosować? Nieodpowiedzialnie. Oddać nieważny głos? Bez sensu…

„Nie ma nic gorszego od wojny…”

Na zakończenie mojego listu opowiem Ci historię pewnej wizyty u mojej babci. Aby dotrzeć do Francji przemierzyła ona Pireneje i w wieku 89 lat nadal mieszka w domu z psem i telewizorem – jej głównym towarzyszem. Tamtego wieczoru telewizor był włączony i obserwowałam moją babcię oglądającą wiadomości. Nie jestem pewna, ile zrozumiała z tego nieskończenie długiego bełkotu na który składały się  – dżihad, Twitter, COP21, Salafists,  reklamy, spotkanie pomiędzy Hollande'em a Obamą, Putin, reklamy, terroryzm, hashtag, ataki, COP21, jeszcze więcej reklam, Twitter i tak dalej. Widziałam jednak jak przytakuje i kręci głową od czasu do czasu; żaliła mi się, że nie potrafi zrozumieć porządku dzisiejszego świata.

Babcia powtarza mi często: „Nie ma nic gorszego od wojny”. Jako dziecko musiała uciekać przed hiszpańską wojną domową i schronić się we Francji. Wiele razy opowiadała mi o swojej ucieczce, hałasie bomb, okropnych widokach oraz o tym, jak uciekając przed bombardowaniami spędziła trzy dni w ładowni statku bez wody i jedzenia. Kiedy dziennikarz dotyka kwestii deklaracji Francji dotyczącej wzmożonej interwencji powietrznej w Syrii babcia kręci głową. Chwilę później przytakuje z uznaniem Angeli Merkel wyrażającej sceptycyzm wobec wojny.

Mam więcej wątpliwości i pytań niż odpowiedzi. Jednak jednego jestem pewna – dzięki starszej kobiecie, która wie, o czym mówi – nie ma niczego gorszego od wojny. Chciałabym wierzyć Panie Prezydencie, że przyszłość to niezapisana jeszcze karta i że Twoja władza jest czymś więcej niż tylko iluzją. Dlaczego więc wybierać najgorszy scenariusz?