Polityka

Vlaams Belang – skrajnie prawicowi, skrajnie osamotnieni

Artykuł opublikowany 4 września 2014
Artykuł opublikowany 4 września 2014

Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego nad kontynentem wisiało widmo umocnienia się radykalnej prawicy. Vlaams Belang (Interes Flamandzki) dąży do antyeuropejskiego sojuszu z francuskim Frontem Narodowym. Przedstawiamy raport o kondycji radykalnej prawicy w Belgii.

Pewnego szarego kwietniowego dnia na scenie jednego z miasteczek niedaleko Brukseli na nogach chwieje się bard z pijackim nosem. Jego wzrok z trudnością koncentruje się na garstce zwolenników radykalnie prawicowej partii niepodległościowej Vlaams Belang. Z błogim uśmiechem śpiewa słowa flamandzkiej piosenki ludowej granej na żywo. Impreza towarzyszy kampanii wyborczej w Halle, we flamandzkiej części Belgii, leżącym mniej niż pół godziny jazdy samochodem od Brukseli. Mimo to Halle wydaje się być bardzo odległe od belgijskiej stolicy. Na brukselskich ulicach mówi się we wszystkich możliwych językach; flamandzkie Halle pozostałoby najchętniej przy niderlandzkim.

Łysole tańczą poloneza

Dla dzieci hitem festynu jest nadmuchiwany zamek, dorośli stoją w kolejce po piwo. Najmniejszym zainteresowaniem cieszą się przemowy polityków. Ci, którzy przyszli tu spontanicznie, wydają się być raczej w festynowym nastroju i bardziej niż polityczne postulaty interesuje ich zespół występujący na scenie. O partii zrobiło się cicho. Po tym, jak parę tygodni wcześniej prawicowi radykałowie starli się w Brukseli z antyfaszystami, w Halle nie widać ani antyfaszystów ani patroli policji. W momencie, gdy paru łysych mężczyzn zaczyna tańczyć do poloneza „Anita”, przeboju antyfaszystów, dochodzę do wniosku, że nic tu po mnie i czas jechać do Brukseli.

Na separastyczną partię Vlaams Belang głosowała w przeszłości jedna czwarta mieszkańców Flandrii. Obecnie partia musi walczyć o uwagę wyborców, mimo że hasła  które głosi są bardzo popularne w regionie. Mieszkańcy Flandrii są zdania, że flamandzka część Belgii musi płacić za francuskojęzycznych Walończyków i że bez frankofonów powodziłoby im się lepiej. Poza tym uważają Unię Europejską za zagrożenie, ponieważ Wspólnota chciałaby za bardzo ingerować w ich życie. Takie same poglądy reprezentuje Vlaams Belang, lecz na nich nikt nie chce oddawać na swych głosów. Parę lat temu narodowo-konserwatywna partia Nieuw-Vlaam­se Al­li­an­tie (Nowy Sojusz Flamandzki, N-VA, red.) przejęła postulaty radykalnej prawicy i uprzykrza życie Vlaams Belang. Od kiedy walka o autonomię Flandrii nie jest już ich znakiem rozpoznawczym, Vlaams Belang starają się przetrwać jako partia antyimigracyjna. Dlatego „obcy” (niderl. Vreemdlinge, red.), przede wszystkim muzułmanie, są winni prawie całego zła w Belgii.

Zamknięcie granic, więcej policji i deportacje

Phi­lip Cla­eys prowadzi mnie przez zawiły labirynt Parlamentu Europejskiego. Kiedy docieramy do korytarza, w którym znajduje się jego biuro, Claeys nagle ścisza głos, jakby nie chciał przeszkadzać swoim sąsiadom z przyległych pokojów. Poseł Vlaams Belang jest niezrzeszony i nie posiada tych samych praw, co parlamentarzyści z ramienia frakcji. Dlatego przed kolejnymi wyborami do europarlamentu partia  prowadzi rozmowy z Ma­ri­ne Le Pen z Francji, Geertem Wil­dersem z Holandii, Heinzem-Chris­ti­anem Stra­chem z Austrii oraz szwedzkimi demokratami. Rozmowy te mają na celu utworzenie wspólnej frakcji, tłumaczy z dumą Claeys.

Claeys określa siebie jako politycznie niepoprawnego. Tutaj, w swoim biurze, delikatnie plując opowiada o celach swojej partii. Wszyscy są podobno „przewrażliwieni” na punkcie imigrantów i tylko jego partia ma odwagę  mówić na ten temat bez ogródek. Opowiada o tematach tabu w Brukseli, gettach i prawie szariatu. Swoją politykę opiera na podsycaniu strachu. Jego propozycje to: zamknięcie granic, więcej policji i deportacja uchodźców, również tych z nadanym statusem. Podczas pożegnania na korytarzu Claeys ponownie ścisza głos.

Europa jak za czasów Hitlera

Biuro Vlaams Belang w Brukseli zajmuje kilka pięter. Na biurkach z jasnego drewna piętrzą się żółto-czarne plakaty i flagi. Gerolf Annemans, przewodniczący partii, przypomina odrobinę aktora Billa Murraya. Ma przyjemnie niski głos brzmiący jak kontrabas. Nie przypomina sobie, kto porozstawiał tu te wszystkie flagi – sam rzekomo nie jest fanem flag. Do swojej komórki podłączył staromodną słuchawkę telefoniczną, chcąc w ten sposób nadać ważność rozmowom telefenicznym w biurze.

Annemans od 27 lat pracuje w belgijskim parlamencie, który z jego punktu widzenia w ogóle nie powiniem istnieć. Według niego Belgię należałoby zlikwidować. Zapytany o to, dlaczego sam zasiada w parlamencie, który nie powinien istnieć, Annemans wzrusza ramionami. Belg traktuje parlament jako scenę, na której może powiedzieć, że jest niepotrzebny.

How far right? Publiczna dyskusja na temat nowej prawicy

W roli ofiary

„UE jest niczym innym jak gigantycznym mechanizmem transferowym z północy na północ" – oburza się. Tak samo jest rzekomo w Belgii – Flandria na północy musi płacić za Walonię na południu. UE jest tak samo sztucznym tworem jak Europa za czasów Hitlera, Hadriana i Napoleona. Swoimi wypowiedziami Belg chce „sprowokować przemyślenia”, odbieram to jednak jako wyjątkowo niewybredną lekcję historii.

W jego stwierdzeniach kryje się jednak klucz do zrozumienia partii, która nigdy nie określiłaby się jako radykalna. Claeys i Anneman i ich perfekcyjnie dopasowane granitury to symboliczny głos oburzonych Flamandczyków, którzy chcą odciąć się od Walończyków. Posłowie ci chętnie okraszają swoją antyimigrancką retorykę niejasnymi wypowiedziami o wyzysku ze strony UE i Walończyków. Ochoczo przyjmują rolę ofiary, by uzasadnić swoje napastliwe sądy na temat „dzikiej imigracji”.

Dziennikarz Tom Co­chez, autor książki o Vlaams Belang, powiedział mi, że zwolennicy partii lubią pośpiewać sobie na osobności „stare niemieckie piosenki”. Niektórzy z nich noszą pod ubraniami nazistowskie symbole. Nie powinniśmy jednak dać sobie zmydlić oczu działaniami elity partyjnej, bo Vlaams Belang straciło wprawdzie  w tym momencie swoje znaczenie na scenie politycznej, ale ich hasła zostały przejęte przez rzekomo bardziej „umiarkowane siły". Dlatego ostatecznego wyniku belgijskiej radykalnej prawicy w wyborach nie sposób teraz przewidzieć.

Reportaż powstał w ramach projektu "EUtopia - Time to Vote". Naszymi partnerami byli: Fundacja Hippocrène, Komisja Europejska, Ministerstwo Spraw Zagranicznych we Francji oraz Fundacja EVENS. Pozostałe artykuły z Brukseli znajdziecie na stronie głównej magazynu.