Polityka

W Kairze z miotłą, gazami i torbami na zakupy: obywatelskie oblicze protestu

Artykuł opublikowany 14 lutego 2011
Artykuł opublikowany 14 lutego 2011
Miotła i kosze na śmieci, bandaże i opatrunki, siatki pełne jedzenia dla głodnych demonstrantów: w Kairze, sercu egipskiej rewolucji, znajdują się setki wolontariuszy, którzy pracują, aby protest nabrał obywatelskiego charakteru. Wśród nich Marwan, Suha i Hassan, którzy od dwóch tygodni pełnią rolę aniołów stróżów na Placu Tahrir. Reportaż

„Ja zbieram śmieci”. Marvan, 25 lat, właśnie ukończył studia w dziedzinie inżynierii na Uniwersytecie w Kairze. Spotykamy go na Placu Tahrir, w samym sercu rewolucji przeciw reżimowi, lecz nie ma on w ręce kartek z hasłami, ani nie śpiewa sloganów. Jego wkład w bunt znajduje się w plastikowej torebce: Marwan jest jednym z chłopaków, którzy spontanicznie zorganizowali zespoły wolontariuszy w celu utrzymania czystych ulic w egipskiej stolicy podczas chaosu. „Właśnie skończyłem studia – opowiada – i za 6 miesięcy idę do armii. Lecz teraz jestem na placu wraz z moim ludem i pragnę wnieść swój wkład”. „Utrzymanie miasta w największej czystości jak tylko to możliwe – dodaje – jest sprawą zasadniczą, chcemy pokazać, iż kto protestuje, temu naprawdę zależy na kraju, pragniemy także obalić kłamstwa wypisywane przez krajową prasę, która oskarża nas o dążenie do wojny.

Ukryta twarz protestu

(c) Corinne GrassiDemokracja i zmiany, krótko mówiąc, tworzą się również przy pomocy miotły: to najbardziej szlachetne oblicze protestu, które często jednak pozostaje w cieniu ujęć z kamer i stron międzynarodowych gazet skoncentrowanych na starciach i przemocy. Demonstranci natomiast są bardzo wdzięczni za skromną, aczkolwiek niezbędną pracę wykonywaną przez Marwana i jego towarzyszy. Kto przeniósł się na Plac Tahrir z kocami i namiotami, aby nie opuszczać garnizonu, jest bardzo zadowolony, iż nie musi spać w chlewie. Poklepywanie po plecach oraz wyrazy wdzięczności towarzyszą wszędzie wolontariuszom: „My Egipcjanie, właśnie tacy jesteśmy”, komentuje niepocieszony taksówkarz demonstrujący w swym samochodzie. Na placu znajdują się również inni stróże: ci którzy od 25 stycznia – czyli od pierwszego „dnia gniewu” – noszą jedzenie i picie, aby pokrzepić wyczerpanych manifestantów. Mimo iż w tych kryzysowych dniach ceny się podwoiły, prowizoryczna stołówka nigdy nie przestała funkcjonować. Przekąski, daktyle, chleb sezamowy i soki owocowe: najpopularniejsze produkty zawierają dużo cukru, „aby nabrać energii”, tłumaczy Suha, która wraz z mężem i dwiema córkami – z głowami skrupulatnie owiniętymi chustami – każdego ranka stawia się z siatkami pełnymi zakupów.

Wystarczająco dojrzali, aby stać się demokratycznym państwem

Hassan natomiast nie nosi przy sobie jedzenia, lecz gazy i środki dezynfekujące. Jest zarówno demonstrantem jak i lekarzem, mówi płynnie po angielsku, opiekuje się rannymi uczestnikami w starciach przeciw zwolennikom Mubaraka, którzy patrolują ulice uzbrojeni w pałki, noże i maczugi. „Opieka nad rannymi tutaj na ulicach nie jest najlepszym wyjściem – przyznaje, - ale to jedyne rozwiązanie zwłaszcza dla najbardziej poszkodowanych. Jesteśmy naprawdę blisko wybuchu wojny domowej. Prezydencie, zrób przysługę swoim obywatelom i odejdź”. Marwan, Suha, Hassan. Oni i wielu innych są dowodem na to, iż Egipcjanie mają wysoki poziom obywatelskiej świadomości. Oczywiście na placu są i tacy, którzy wykrzykują „Allahu Akbar” – „Allah jest wielki” – i którzy mają nadzieję zaprowadzić w Egipcie islamski reżim, daleki od demokracji, tak jak daleko od demokracji jest państwo Mubaraka lub nawet jeszcze dalej.

Nikt naprawdę nie wie, jaką formę przybierze chęć ku zmianom, która wstrząsa narodem. Jaka będzie przyszłość Egiptu? Wielu zadaje sobie to pytanie, a niepewność niesie ze sobą brzemię strachu. Patrząc jednak na historię naszych trzech bohaterów, wzrasta nadzieja, że najważniejszy kraj arabski jest wystarczająco dojrzały, aby wreszcie stać się praworządnym państwem szanującym obywatelską swobodę. Droga może być długa i wyboista: ale każdy krok na przód będzie zwycięski dla Egipcjan i reszty arabskiego świata.

Fot. (c) Corinne Grassi