Polityka

Z miłości do polityki: włoska komunistka w Bundestagu

Artykuł opublikowany 29 września 2014
Artykuł opublikowany 29 września 2014

Urodzona w Toskanii Paola Giaculli już jako piętnastolatka aktywnie udzielała się w szeregach partii komunistycznej. Teraz zamiłowanie do polityki posłało ją do aż do Bundestagu, gdzie z ramienia skrajnie lewicowej Die Linke podejmuje potyczki z historią, kapitalizmem i Angelą Merkel. Wcześniej swoich sił próbowała też w Parlamencie Europejskim. Udało mi się na chwilę schwytać ją w Berlinie.

Z Paolą Giaculli spotykam się w Die Eins Café, tuż za rogiem Bundestagu. W kawiarnianych niszach poumieszczane są nietypowe rzeźby; to dość frywolny akcent kontrastujący z czarnymi błyszczącymi stołami o ostrych krawędziach, które przywodzą na myśl czasy Zakonu Krzyżackiego. Mimo, że spotykamy się po raz pierwszy, rozpoznajemy się od razu – zakładam, że to przez wymianę maili wytworzyliśmy sobie nawzajem swe wierne portrety mentalne. Jeśli nie – musi to być wynik prostej dedukcji – być może chodzi po prostu o to, że jestem jedyną osobą w kawiarni.

Paola Giaculli jest włoską komunistką w Bundestagu. Jednak tym, co interesuje mnie najbardziej, jest jej życie poza murami parlamentu. Pytanie o to zadaję ze szczerością, ale nadzieje na odpowiedź wydają się marne: między nami zapada cisza. I nagle  Giaculli  wybucha śmiechem, odpowiadając wreszcie: „To trudne pytanie, bo moją pasją jest właśnie polityka”. A to heca! Moja rozmówczyni śmieje się, ale nie żartuje, a w jej śmiechu szybko wyczuć można narastający zapał. “Przyszłam na świat z tym szczególnym rodzajem pasji” – mówi. To życiowa pasja i wściekłość wobec wszelkich form niesprawiedliwości”.

Więźniowie historii

Die Linke powstało z prochów Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED), która rządziła krajem w latach 1949-89. Dziś jest trzecią co do wielkości partią w Niemczech – w wyborach parlamentarnych w 2013 roku zdobyła 8,6-procentowe poparcie. Stolica Niemiec usiana jest śladami podzielonej przeszłości – z okna widzę  odbudowany most Marschallbrücke, w czasie wojny wysadzony przez nazistów w celu powstrzymania ofensywy Armii Czerwonej. Pozostałość rozgoryczenia historią nadal cechuje obrady niemieckiego parlamentu. „Czasami odnoszę wrażenie, że Bundestag przenika atmosfera lat 50. i zimnej wojny” – mówi gorzko Giaculli. Według niej wina za taki stan rzeczy leży po stronie CDU, partii Angeli Merkel. Na potwierdzenie swoich słów włoska polityk przypomina z oburzeniem oskarżenie kanclerz o bycie stalinowską kryminalistką.  “Póki tacy ludzie żyją, trzeba się z tym męczyć” – skomentowała mrocznie.

Mimo, że stary wierny elektorat Die Linke charakteryzuje się wschodnioniemieckimi sentymentami, partii nie cechuje anachronizm. Giaculli definiuje Die Linke modnymi ogólnikami – otwartość, świeża krew, kultura, festiwale – jest to retoryka, która idealnie współgra z moimi przygodnymi zetknięciami z członkami partii w Berlinie. Natknąłem się tu na grupę przedstawicieli partii oklaskujących historyczny moment wciągania na maszt tęczowej flagi. Kilka dni później spostrzegłem flagę Die Linke powiewającą nad morzem wirujących torsów i trzęsących się pośladków podczas Miejskiego Festiwalu Gejów i Lesbijek. Członkowie Die Linke wtapiali się w tłum uprawiając politykę przy dudniącym techno. 

Imigranci stanowią podstawowy element diety dzisiejszego europejskiego polityka, bez względu na to, czy stoi po lewej czy prawej stronie sceny politycznej. Paola Giaculli nie stanowi tutaj wyjątku. W Europie od miesięcy, a nawet lat, nasze zmęczone uszy bombardowane są antyemigracyjnymi głosami – retoryka Merkel czy Camerona dotycząca tzw. benefit tourism (turystki jedynie dla świadczeń socjalnych) czy islamofobia prezentowana przez Marine Le Pen i rytmiczne naparcie UKiP-u na imigrantów ze wschodu Europy. Nawet partie rzekomo sprzyjające ruchom imigracyjnym debatują nad tą kwestią w sposób, który negatywnie nastraja do niej opinię publiczną, ograniczając debatę do słownych potyczek na temat podatków i zasiłków. Pod tym względem utopijne idee Paoli Giaculli dodają tego rodzaju dyskusjom swoistej witalności.

„Nie wierzę w świat podzielony granicami” – przyznaje Giaculli ze szczerością, która porywa mnie w większym stopniu niż najbardziej wciągające statystyki. Giaculli nie traci energii na drobne skargi pod adresem imigracji – ją interesują przede wszystkim korzenie tego zjawiska. Imigranci napływają do Europy „uciekając przed wojną, głodem i toturom”. Włoska polityk jest zdania, że wszyscy Europejczycy powinni legitymować się jednym paszportem. Takie poczucie uniwersalizmu i transnacjonalizmu jest odpowiedzią na jedno z moich naglących, jednak nieco mniej wnikliwych pytań: co w Bundestagu robi osoba, która w przeszłości głosiła poglądy komunistyczne? „Wierzę w projekt europejskiej wspólnoty” – wyjaśnia – „dlatego wielkie znaczenie ma miejsce, w którym pracuję”.

Robin Hood z włoskim akcentem

A co z legendarną walką przeciwko kapitalizmowi, która rozpoczęła się wraz z Wielkim Kryzysem i stała się znakiem rozpoznawczym XX wieku? Fanatyczny socjalizm wyznawany przez Gioculli skupia się na porozumieniu w ramach Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) (jeśli jeszcze o nim nie słyszeliście, usłyszycie niedługo). „Zakończenie działalności TTIP stanowi obecnie największe wyzwanie dla kapitalizmu” – gorliwie zapewnia Gioculli. Twierdzi, że pakt ten jest bezpośrednim zamachem na demokrację, zagrożeniem dla praw wywalczonych dzielnie przez robotników na przestrzeni wielu dekad. To w kapitalizmie właśnie Gioculli lokalizuje korzenie znacznej części drażniących ją niesprawiedliwości. Jako oddana pacyfistka włoska polityk pomstuje na kapitalistycznym handlem bronią. „Jak można wytwarzać narzędzia zbrodni? To nielogiczne i przerażające!” – moja rozmówczyni jadowicie wypowiada się na temat systemu, który płaci ludziom nędzne grosze za produkcję cennych rzeczy, na które ich samych nigdy nie będzie stać. Jednocześnie powiela działania w stylu Francois’a Hollande’a wymierzone przeciwko światowym grubym rybom. „Na świecie jest zbyt wiele osób ze zbyt wieloma miliardami. Chcę je im odebrać” – oświadcza Gioculli.

Aby zmiany porządku rzeczy były możliwe Gioculli optuje za zrewolucjonizowaniem sposobu, w jaki doświadczamy świat. Atakuje zwodniczy fetyszyzm dostępnych towarów i kapitału kreujący sztuczne potrzeby. Uważa, że wartości kapitalistycznego świata tworzą urojone ideały, które zamieniają ludzi w instrumenty i zaślepiają nas na to, co jest naprawdę ważne. Taki pogląd to swoisty ukłon w stronę marksistowskiej teorii alienacji. „Aby prowadzić szczęśliwe życie wcale nie potrzeba tak wiele” – kontynuuje, nieświadomie przywodząc na myśl słowa głoszone przez Jezusa Chrystusa. Jeśli więc uznać Jezusa za pierwszego socjalistę, merkelowscy prawicowi „chrześcijańscy” demokraci znajdują się po niewłaściwej stronie sceny.

W pewnym momencie, pod koniec naszego spotkania, tuż za głową Giaculli rozwija się ogromny biały ekran. Rzutnik nagle ożywa i oślepia ją słupem białego światła. Odwraca się się i mówi: „Meksyk – Kamerun”, po czym zaczyna opowieść o Mistrzostwach Świata w piłce nożnej. Okazuje się, że w latach 1990-92 włoska polityk pracowała w biurze prasowym Mistrzostwach Świata we Włoszech. Mimo, że „było całkiem zabawnie”, ten „piłkarski” epizod uwidocznił ukryty mechanizm kapitalistycznej rzezi. Nazwiska Blattera i Hevelange'a wypowiada ze wstrętem – „to najprawdziwsza mafia (…) jestem zniesmaczona, gdy tylko o nich myślę. Wszystko niszczą. Kapitalizm jest wszystkiemu winien, unicestwił naszą radość”.

REPORTAŻ POWSTAŁ W RAMACH PROJEKTU "EUTOPIA - TIME TO VOTE". NASZYMI PARTNERAMI BYLI: FUNDACJA HIPPOCRÈNE, KOMISJA EUROPEJSKA, MINISTERSTWO SPRAW ZAGRANICZNYCH WE FRANCJI ORAZ FUNDACJA EVENS. POZOSTAŁE ARTYKUŁY Z BRUKSELI ZNAJDZIECIE NA STRONIE GŁÓWNEJ NASZEGO MAGAZYNU.