Społeczeństwo

Afganistan rujnuje Prodiego

Artykuł opublikowany 1 marca 2007
Artykuł opublikowany 1 marca 2007
Trudności wojskowe w Afganistanie znajdują odzwierciedlenie w napięciach politycznych rządów europejskich

Jeśli nie będzie większości za polityką zagraniczną, wszyscy idziemy do domu, groził Massimo d'Alema, Minister Spraw Zagranicznych Włoch. Większości nie było, pomimo przewagi centrolewicowej koalicji w wyższej izbie senatu. Dyskusje dotyczące finansowania misji w Afganistanie postawiły trwające od 9 miesięcy rządy Prodiego pod znakiem zapytania.

Ciężkia dola lewicy

Dla lewicowych rządów dyskusje na temat wojen i misji militarnych nigdy nie należały do łatwych. Wie o tym dobrze brytyjski premier, Tony Blair, który dla przeforsowania swojej polityki, musiał ocenić wszystkie "za" i "przeciw" związane z dymisjami ministrów i podsekretarzy zarówno z lewej jak i prawej strony sceny politycznej. Blair, w odróżnieniu od Prodiego, miał zawsze wsparcie opozycyjnych konserwatystów, którzy ręczyli za jego wybory. Dlaczego nie mogło dojść do podobnego rozwiązania we Włoszech? Jak wiadomo, Włochy charakteryzuje bardzo wysoki współczynnik antagonizmów w polityce wewnętrznej. Znika więc jakakolwiek szansa na znalezienie wspólnych stanowisk między większością a opozycją, nawet gdy w grę wchodzą podstawowe interesy kraju.

W tym przypadku opozycja centroprawicowa głosowała przeciwko wnioskowi w sprawie polityki zagranicznej Ministra D'Alema, ponieważ nie odnosiła się bezpośrednio do założeń wcześniejszego rządu Berlusconiego. Mówiono także wiele o niejasnych manewrach Kościoła i Stanów Zjednoczonych, które w celu przekonania niektórych dożywotnich senatorów - stanowiących prawdziwą wyrocznię we włoskim Senacie - do głosowania przeciwko rządowi, który jest wrogi sprawie zainteresowanych. To klasyczna włoska teoria spiskowa.

Radykalna lewica a sprawa Afganistanu

Łatwo było przewidzieć, że taka sytuacja nastąpi. W lipcu ubiegłego roku wielu przedstawicieli radykalnej lewicy ostrzegało: "za sześć miesięcy nie zagłosujemy za dalszym finansowaniem misji zagranicznych, jeśli sprawy się nie zmienią". W sprawie Afganistanu domagali się konferencji pokojowej, ale, jak większość debat przeprowadzonych w tamtych dniach, to tylko puste słowa. Bardziej potrzebne do zmierzenia siły partii niż do rozwiązania prawdziwych problemów Afganistanu.

Podobnie rzecz się ma w Hiszpanii, gdzie rząd czuje ciśnienie radykalnej lewicy w sprawie Afganistanu. Decyzja Zapatero o nie zwiększaniu kontyngentu hiszpańskiego byłaby ruchem w stronę sojusznika rządu, Zjednoczonej Lewicy, która nie waha się nazwać misji ISAF "wojną okupacyjną". W przeddzień spotkania NATO w Sewilli, podczas którego aktywiści jego partii trzymali transparenty z napisami: "Wycofajcie wojska" i "Nie dla NATO". Gaspar Llamazares, lider Zjednoczonej Lewicy, oświadczył, że "wojska hiszpańskie zostały wysłane do Afganistanu ukradkiem, po wycofaniu się z Iraku".

Nie da się ukryć, że także w Polsce sprawa misji w Afganistanie stała się przyczyną niestabilności politycznej rządu. Rolę wywrotowca przyjął Andrzej Lepper lider Samoobrony, nieposłusznego koalicjanta Prawa i Sprawiedliwości Kaczyńskich. Jak Włochy, Polska musi sobie radzić z niebywałą kruchością rządu.

Stanowcze "nie" Leppera wobec zwiększenia kontyngentu polskiego nie jest powodowane jego głębokim pacyfizmem, jest to kolejne populistyczne zagranie. Sondaże potwierdzają, że ludzie są przeciwni misjom w Iraku i Afganistanie, jest to wystarczający znak dla Leppera, aby twierdzić, że pieniądze przeznaczone na wysłanie kolejnego tysiąca żołnierzy mogłyby zostać przeznaczone na służbę zdrowia, emerytów i bezrobotnych.

Prawda w oczy kole

Prawdą jest, że we wszystkich krajach europejskich zaangażowanych w sprawę Afganistanu wzrasta dystans wobec tej ryzykownej misji międzynarodowej. Z wyjątkiem Polski, żaden inny rząd nie odpowiedział na żądania Białego Domu i NATO, domagających się wysłania większości wojsk do najniebezpieczniejszego regionu na południu Afganistanu. Nawet Angela Merkel, ze swoją zdecydowaną większością w parlamencie, nie zdecydowała się na taki krok i wysłała tylko symboliczne sześć odrzutowców Tornado mających sprawować jedynie misje zwiadowcze. Nawet wyłączenie maksymalistów z rządu w Berlinie nie dodało odwagi pani kanclerz do otwartej rozmowy w sprawie Afganistanu. Wojna pozostaje tabu, dyskursy celowo niezrozumiałe, odpowiedzi dwuznaczne. Nasuwa się mimowolnie pytanie, czy aby jest to misja wojskowa czy cywilna? Czy żołnierze uczestniczą również w akcjach ofensywnych, czy nie?

W parlamentach europejskich, podobnie jak na szczytach NATO, wszyscy wolą ukryć twarz za woalką hipokryzji. Komu zebrało się na odwagę, by mówić jasno do ludzi, jak D'Alema, ten może "iść do domu".