Społeczeństwo

Bal Wiedeński: botox wystrojony w długie suknie wspiera cele dobroczynne

Artykuł opublikowany 30 kwietnia 2012
Artykuł opublikowany 30 kwietnia 2012
Potężne koki zrobione z kilku warstw włosów, wymyślne nakrycia głowy, fraki z długaśnymi ogonami, łysiny zakryte tupecikami na tę specjalną okazję i wreszcie piersi, które zdają się przeczyć prawom grawitacji. Witajcie na balu pod hasłem „Dancer Against Cancer”, corocznej obowiązkowej imprezie elit wiedeńskich.

Jest 19.30. Czas podkasać nasze długie suknie wieczorowe, aby wejść po schodach prowadzących do Pałacu Hofburg, siedziby prezydenta Republiki Austriackiej.

Zamek, który w przeszłości był rezydencją władców i cesarzy austriackich, dziś otwiera swoje podwoje i wita gościć balu „Dancer Against Cancer”. Jest to przedsięwzięcie dobroczynne, którego celem jest zebranie pieniędzy do walki z chorobą nowotworową, podczas którego zbiera się śmietanka społeczności wiedeńskiej. Czasami trafi się również jakiś zabłąkany Francuz, no ale po kolei.

Sobotnie tańce

Tym wszystkim, którzy nie znają dobrze kultury austriackiej, należałoby wyjaśnić, iż wystawne bale nie są nieosiągalnym wydarzeniem dla przeciętnego Wiedeńczyka. Już w wieku 16 lat można uczestniczyć w tego typu imprezach. Z tego powodu w szafach większości domów znajdziemy wiele długich, ozdobnych sukni - jak tłumaczy nam jedna z dziewcząt, która w tę sobotę, stojąc przy wejściu do ogromnej sali ogląda „taniec otwarcia”. Dodatkowo wyjaśnia nam, że przychodzi na bale tylko po to, aby wraz z narzeczonym (który zresztą pilnie przysłuchuje się naszej rozmowie) zatańczyć cha-cha-cha. Okazuje się bowiem, że w przeciwieństwie do naszych naiwnych wyobrażeń, na wielkim balu nie tańczy się jedynie walca. Zwykle istnieje możliwość zatańczenia aż ośmiu różnych tańców.

Co zatem stanowi o wyjątkowości tego przedsięwzięcia, na którym się znaleźliśmy? Idea balu „Dancer Against Cancer” pojawiła się sześć lat temu. Jej celem jest podniesienie świadomości społecznej oraz zbieranie funduszy, które przeznaczane są na walkę z nowotworami, chociaż szczerze powiedziawszy wydaje się, że główną intencją organizatorów balu, jest rozpieszczenie tzw. high class. Każdy może zakupić bilet wstępu na bal, z którego to zysk - jak wyjaśnia nam jedna ze współorganizatorek, ściskając kieliszek szampana w dłoni - jest przeznaczany na główny cel spotkania. Tym, co dziś różni jednego widza od drugiego są oczywiście, jak zawsze, pieniądze. Tak więc zwykli ludzie muszą z wielomiesięcznym wyprzedzeniem starać się o wejściówkę, której koszt wynosi około 40 euro. Oczywiście za tę sumę można jedynie potańczyć i popatrzeć, nie ma mowy o jedzeniu, piciu czy miejscu siedzącym. A tzw. high class?

Społeczeństwo klasowe, a klasa społeczna

Ciekawostką może być fakt, że żaden z naszych rozmówców, współorganizatorów balu, nie dokłada się do szlachetnego celu.Po przejsciu „korytarzem” utworzonym przez ośmiu odświętnie ubranych wojskowych, kierujemy się do sali dla VIP-ów. Przyjmujemy kieliszek szampana, który nam oferują i rozpoczynamy naszą „wycieczkę”. Megalomani w tupecikach, wszędzie błysk i „botox” toczący rozmowy i pozdrawiający kogoś to z lewej, to z prawej. Dodatkowo piersi, które aby pozwolić posiadaczce na jakikolwiek ruch, wymagają przestrzeni wielu metrów wokoło. Wreszcie jakaś rewolucjonistka ubrana w sukienkę za kolano i jedna skromna para pękająca z dumy, bo znalazła się w sali bogaczy: „Mój narzeczony wygrał wejściówki dla VIP-ów w konkursie na Facebooku. Są one warte 300 euro każda”. Chwila spędzona w uprzywilejowanej sali daje nam wyobrażenie na temat tego, kto jest stałym bywalcem tego typu imprez. Jest więc grupa osób, których głownym zajęciem na balu jest „pokazanie się”. Kolejni ukradkiem wlewają w siebie tyle szampana, ile tylko zdołają, niezdolni do oderwania oczu od tzw. „photocall” (zakątka, w którym goście mogą zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie). Blask fleszy prowadzi nas w końcu do niego. Charles Shaughnessy, czyli aktor, który wcielał się w rolę Maxwella Sheffielda w niezwykle popularnej amerykańskiej produkcji pt. „Niania”, pozuje do kolejnych zdjęć i swobodnie wypowiada się przed kamerami. Znani Austriacy - nam niestety nieznani - przechadzają się przed okiem kamery. Ku naszemu zdziwieniu, wielu z dziennikarzy z którymi rozmawiamy, tak naprawdę nie zna tożsamości tych, z którymi przeprowadza wywiady.

Jaka szkoda, że podziw dla jego pojawienia się na balu został nagle przerwany przez niezręczny upadek na parkiet jednego z jurorów balu.

Ucinamy sobie pogawędkę z niektórymi gośćmi. Ich wiek waha się pomiędzy 25 a 70 lat. Przypadkiem wpadamy na pewną panią, która wyznaje: „mój syn zmarł na raka przed wieloma laty” i zapewnia nas o celowości całego przedsięwzięcia: „dla mojego syna jest już na późno, ale możemy przecież pomóc innym”. Ciekawostką może być fakt, iż żaden z naszych rozmówców - współorganizatorów balu - nie dokłada się do szlachetnego celu. Wszyscy płacą jedynie za bilet wstępu.

Bal czas zacząć

Po wychyleniu kilku kolejnych kieliszków, wspinamy się na imponujące schody głównego holu pałacu i docieramy do sali balowej. W głębi sali orkiestra zabawia bogaczy i sławy, które kolejno zajmują miejsca przy okrągłych stołach ustawionych niemal na środku sali. Gospodarz wieczoru ubrany w kurtkę z zielonego zamszu i jego partnerka, która wydaje się być uzależniona od cekinów, rozpoczynają prezentację zaproszonych gwiazd oraz jury. Ludzie „z ulicy” tłoczą się wokół czterech wielkich drzwi prowadzących do salonu. Zaczyna się taniec otwarcia. Krok po kroku, wszyscy goście znajdują przeznaczone dla nich miejsca. Sheffield wyjaśnia siedzącym z nim przy stole ludziom, jak poznał swoją żonę. Ci, którzy chcą tańczyć, szukają sali, w której króluje ich ulubiony styl muzyczny. Ja natomiast myślę tylko o tym, żeby zdjąć buty na obcasach, które włożyłam specjalnie na tę okazję i usiłuję dokonać kalkulacji możliwych zysków z imprezy. Przy okazji zastanawiam się, jaki rodzaj świadomości dotyczącej nowotworu może wzbudzać w społeczeństwie tego typu wydarzenie, biorąc pod uwagę fakt, że większości ludzi zwyczajnie nie stać na uczestnictwo w imprezie.

Na koniec kilka rad przed Balem Wiedeńskim:

- Jeśli jestś kobietą, nidgy nie wybieraj białej kreacji. Ten kolor zarezerwowany jest dla dam biorących udział w tańcu otwarcia.

- Postępuj zgodnie z zasadami, to nie jest najlepsze miejsce na sprzeciwianie się ustalonemu ładowi.

- Jeśli nie umiesz tańczyć, usztywnij ciało i udawaj. Zdziwisz się, jak bardzo wielu ludzi depcze po stopach partnerom.

- Nie idź na bal bez pary. Przekonanie, że usiądziesz sobie na krzesełku i doczekasz się przystojnego chłopaka, który porwie cię do tańca, to legenda.

Fot.: główna i w tekście: © Bertrand Orsal