Społeczeństwo

Berlin: menel, który został superbohaterem

Artykuł opublikowany 6 sierpnia 2014
Artykuł opublikowany 6 sierpnia 2014

Berlin to tygiel, w którym mieszają się różne osobowości: punkowcy, kosmopolici, turyści i włóczędzy, a także młodzi ludzie, dla których żebranie jest elementem codzienności. Do miasta przybył jednak superbohater - czy będzie w stanie zburzyć dotychczasowe schematy i pokonać tych, którzy staną mu na drodze?

Natknąłem się na niego na stacji Neukölln po zaledwie trzydziestominutowym pobycie w Ber­linie. Mniej więcej dwudziestopięcioletni chłopak prosi mnie o drobne po niemiecku i angielsku. W ciągu kolejnych dwóch godzin mijam go jeszcze kilka razy, wchodząc i wychodząc z kolejnych stacji metra. Moja podróż w poszukiwaniu ubogich młodych ludzi w mieście upadłego muru zapowiadała się owocnie.

Tak naprawdę moja historia z Ber­linem rozpoczęła się dzięki komiksowi o Su­per­Pen­nerze (pol. Su­per­Menelu), autorstwa Ste­fana Lenza. Mówi się - chociaż nie są to oficjalne dane - że na ulicach tego miasta, pełnego rockmanów, hipsterów, nad którymi unosi się atmosfera kultur alternatywnych, mieszka od czterech do dwunastu tysięcy osób. Młodzi, punkowcy, wyzwoleni - dla jednych żebranie jest stylem życia, dla innych formą protestu przeciwko systemowi, do którego nie chcą należeć. Problem stanowi jednak inna grupa bezdomnych - ci, którzy nie mieli wyboru, ci, na których przechodnie wolą patrzeć z drugiej strony chodnika.

Nawet nie rozpakowawszy walizki, wyruszam na spotkanie z An­dreasem Düllickiem, redaktorem naczelnym niezależnego magazynu Stras­sen­fe­ger. Redakcja pisma, położona we wschodniej części miasta, w pobliżu zakładów przemysłowych, jest jednocześnie  organizacją i miejscem spotkań bezdomnych.  Oprócz redakcji znajduje się tu bar dla tych bez środków do życia, małe schronisko, a nawet sklep wymiany produktów: sof, gaśnic czy łóżek. Ich magazyn, do którego dołączony jest komiks o Su­per­Pen­nerze, sprzedają bezdomni. Z każdego 1,50 € - tyle właśnie kosztuje tygodnik - zachowują dla siebie 90 eurocentów.

An­dreas, uprzejmy siwowłosy gość w czarnej koszulce i dżinsach, krytycznie podchodzi do systemu kapitalistycznego i spekulacji na rynku nieruchomości, które niszczą Berlin. Wyjaśnia mi, na czym polega jego projekt: „To niezła frajda być członkiem tego przedsięwzięcia, ludzie przychodzą i myślą, że jesteśmy wielką organizacją i dysponujemy ogromnym budżetem. W rzeczywistości tak nie jest. W ekipie jest nas niewielu, robimy to, co lubimy i chcemy robić, nie mamy wsparcia ze strony władz, wykonujemy tę niełatwą pracę dlatego, że państwo tego nie robi". Magazyn, który płaci swoim współpracownikom, funkcjonuje bez pomocy publicznej, a mimo wszystko jest w stanie zapewnić pomoc osobom bez grosza przy duszy. Zdaniem samego Andreasa jest to wielkie wyzwanie.

Przechadzka i nowe znajomości

Ze słowami Düllicka nadal rozbrzmiewającymi w głowie docieram na Ale­xan­derplatz,  gdzie w parku przy słupie telekomunikacyjnym jakiś facet prosi, żebym dał mu parę groszy. Wygląda kiepsko, może mieć kilka lat więcej niż ja, albo i nie, kto wie. Żebrze, bo - jak mówi - nie ma nic lepszego do roboty. Jest zmęczony, ale w pewnym sensie wydaje się dumny. Idę przez miasto, muszę je poznać, spotkać się z ludźmi, wsłuchać się w ich akcenty. Kolejnego kloszarda spotykam w drugiej linii metra, zaraz po tym, jak wsiadam na Alexanderplatz. Jest długowłosy, przed trzydziestką, ma brodę, długi zielony płaszcz w stylu wojskowym (z pewnością jest mu w nim bardzo gorąco) i zupełnie nie nadaje się trzydziestostopniowy upał. Kiepsko mówi po angielsku. Czepiam się go jak rzep psiego ogona, podążając za nim przez kolejne wagony przez co najmniej pięć stacji, a może i siedem, sam nie wiem. Ma na imię Frie­drich, prosi o drobne, patrzy na mnie, jakby zupełnie nie rozumiał, dlaczego pytam z jakiego powodu żebrze. „Nie wiem, tak już żyję" - odpowiada. Wysiada z pociągu i gubię go w tłumie ludzi na stacji Her­mann­platz. Zastanawiam się, czy żebrze, bo lubi, czy dlatego, że musi. Nie jest to dla mnie jasne - tak samo, jak niemieckie nazwy stacji, które szybko przelatują rozmazane przed oczami.

Następnego dnia umawiam się się ze Ste­fanem Lenzem, autorem komiksu Su­per­Pen­ner. Spotykamy się w przyjemnym barze ze spokojną muzyką. Wydaje się fajnym gościem, lekko po trzydziestce, z tatuażami - kimś, z kim można pogadać. Mamy czas, żeby polecił mi jakąś pijalnię piwa w  Ber­linie. „Dzisiaj w Berlinie stoją nowe mury" - mówi. Pomysł na komiks pojawił się pewnego chłodnego zimowego dnia, kiedy ludzie w metrze zdawali się nie widzieć żebraka. Wtedy zapaliła mu się w głowie lampka - a gdyby tak stworzyć komiks o „pennerze" (słowo to ma w języku niemieckim pejoratywny wydźwięk)? Rozmawiał o swoim pomyśle z włóczęgami - byli za, więc wziął się do roboty, aby ustanowić płaszczyznę porozumienia pomiędzy dwiema grupami społecznymi: tymi, którzy nie mają nic i tymi „fajnymi", aby skłonić ich do pomocy, trochę nimi potrząsnąć. Wydaje się, że mu się udało - sprzedał ponad dwadzieścia tysięcy jedynego dotychczas wydanego numeru  Su­per­Pen­nera.

Reklama komiksu „Su­per­pen­ner"

W komiksie znajdziemy wszystkie stereotypy o Ber­linie, opowieści z wnętrza metropolii i życie kloszardów jako jego część - bo przecież oni - anonimowi bohaterowie miast - również tu mieszkają i są istotni dla wizerunku miejsc. „Nowy Jork ma Su­per­mana, a Ber­lin - Su­per­Pen­nera" - z uśmiechem mówi Ste­fan

W Su­per­Pen­nerze, jak w każdym komiksie, mamy wielkiego potwora, śmiertelnego wroga superbohatera. Tłem do wydarzeń jest mieszanka wkurzonych kierowców autobusów, lanserów, kosmopolitów, ekologów w samochodach kopcących spalinami. Jest nim również mozaika turystów, którzy przyjeżdżają tu, żeby się upić i wreszcie niektóre cechy maskotki Hert­hy Ber­lin, sfrustrowanej porażkami drużyny. Panorama miasta piwa i zarośniętych bohaterów. Piątek jest pochmurny, to dzień targowy. Spaceruję z Her­man­platz w stronę Kott­bus­ser Tor. Wczoraj Frie­drich mówił, że dziś tam będzie. Jednak dokładnie kiedy docieram na targ przy ulicy Schin­ke, zaczyna lać i - rzecz jasna - trzeba się gdzieś schronić. Letnia burza, a deszcz lodowaty. Mimo to ludzie ubrani są w krótkie spodenki i w-shirty. Cali Niemcy! Wchodzę do baru, zamawiam drinka i widzę przez okno Frie­dricha. Kiwa do mnie ręką, chociaż ma mało przyjazną minę. Zmoknąć, nie mając dachu nad głową - nieciekawy scenariusz. Po pięciu  dniach widok żebrzących młodych ludzi przestaje robić na mnie wrażenie. W głowie został mi jeszcze jeden obrazek - przy pozostałościach muru, na Potsdamer Platz, siedzi mała lady punk z żółtym irokezem, trzymając kartkę z napisem: „Na piwko i maryśkę".

Artykuł jest częścią projektu “EU­to­pia: time to vote” Realizowanego przez Ca­fé­Ba­bel We WSPÓŁPRACY Z FUNDACJĄ la Hip­pocrène, Komisją europejską, Ministerstwem spraw zagranicznych i fundacją Evens.