Społeczeństwo

Charlie w Libération: „To jak, robimy tę gazetę?"

Artykuł opublikowany 15 stycznia 2015
Artykuł opublikowany 15 stycznia 2015

Dziennikarze „Charlie Hebdo", którzy ocaleli z masakry stawili się w pracy w zeszły piątek. Myślami przy zabitych i rannych kolegach, spotkali się, aby przygotować środowy numer Charlie Hebdo w redakcji dziennika „Libération", który użyczył im swojej przestrzeni i sprzętu. Reportaż.

Zebranie redakcyjne „Charlie Hebdo", które rozpoczęło się tego piątkowego poranka, potrwa łącznie przeszło trzy godziny. Poza rozplanowaniem numeru, ustaleniem tematów i terminów, trzeba też przecież porozmawiać o zmarłych i rannych, o uroczystościach upamiętniających tragedię i o pogrzebach. Słynna sala z bulajem, gdzie odbywają się zazwyczaj codzienne zebrania „Libé", została na tę okazję oddana ocalałym dziennikarzom satyrycznego tygodnika. W pomieszczeniu, do którego światło wpada przez wielkie okrągłe okno, ogrzewanie włączone jest na cały regulator, a wszystkie drzwi otwarte na oścież, żeby wywietrzyć dym z papierosów.

Na dużym okrągłym stole stoją komputery użyczone przez załogę dziennika „Le Monde". Wokół siedzą między innymi Willem, Luz, Coco, Babouse, Sigolène Vinson, Antonio Fischetti, Zineb El Rhazoui i Laurent Léger. W sumie jest tu około 25 osób o poszarzałych twarzach i spuchniętych oczach, rdzeń redakcji, bliscy i okazjonalni współpracownicy. Stawili się, by wspólnie przygotować najnowszy numer „Charlie Hebdo", który w kioskach ukazał się w środę 14 stycznia w nakładzie 5 milionów egzemplarzy, czyli około dwudziestokrotnie wyższym niż dotychczas.

„Udało mi się odwiedzić wszystkich, którzy aktualnie przebywają w szpitalach” - rozpoczyna spotkanie Gérard Biard, redaktor naczelny „Charliego". „Riss (jeden z ocalałych rysowników, red.) został ranny w prawe ramię, ale nerwy są nietknięte. Widać, że ból bardzo mu doskwiera. Pierwsze co powiedział, to że nie jest pewien, czy będziemy potrafili nadal robić gazetę”. Fabrice Nicolino, który w zamachu odniósł kilka obrażeń, „ma się lepiej”, chociaż „wyraźnie bardzo cierpi”. Patrick Pelloux, ratownik medyczny i felietonista „Charliego", tłumaczy zebranym, na czym polegają obrażenia szczęki innego poszkodowanego, Phillipe’a Lançon'a, który jest jednocześnie dziennikarzem „Libération". Simon Fieschi, webmaster, „jest w stanie śpiączki farmakologicznej”. Jedna z kobiet zaczyna płakać. „Nie powinnaś czuć się winna!” - próbuje ją ukoić Gérard Biard. Wszyscy w milczeniu kiwają głowami. Tą, która płacze, jest dziennikarka Sigolène Vinson, która była w redakcji, gdy rozgrywał się środowy dramat, lecz została oszczędzona przez napastników.

Biard przechodzi do kwestii tych, którzy zginęli. Jak zorganizować pogrzeby? Co z uroczystościami państwowymi? jaką muzykę wybrać? Chyba bez sztandarów? „Nie powinniśmy używać symboliki, której oni sam by nie znieśli” -  zauważa ktoś z siedzących wokół stołu. „Zabito ludzi, którzy rysowali zwyczajnych gości. Nie żadne sztandary. Trzeba przypomnieć o prostocie tych ludzi i ich pracy. Nasi przyjaciele nie żyją, ale nie będziemy ich wystawiać na widok publiczny”. Wszyscy zgodnie przytakują.

MASOWE ZAMÓWIENIA NA PRENUMERATY

Jedna z dziennikarek opowiada o internetowej zbiórce pieniędzy, zorganizowanej spontanicznie przez nieznajome osoby. Udało się dzięki niej zebrać 98 000 euro w niecałe 24 godziny. Ocalałą redakcję „Charlie Hebdo" zalały zamówienia na prenumeraty, z którymi na razie nie dają sobie rady. Wkrótce powinna im         w tym pomóc grupa Lagardère. Głos zabiera adwokat „Charliego", Richard Malka. „Pieniądze spływają ze wszystkich stron. Fundusze, lokale, personel do realizacji zamówień”. „Dostaliśmy wsparcie od wielu mediów” - wtóruje mu Christophe Thévenet, inny adwokat  tygodnika. „Napływają darowizny, 250 000 euro od stowarzyszenia Presse et pluralisme, milion euro obiecała nam Fleur Pellerin. Będziecie mieli środki, jakich w «Charliem» nigdy nie widziano!”. Adwokat wie, o czym mówi: to on tworzył statut tygodnika i organizował walne zgromadzenia udziałowców. W ostatnich miesiącach magazyn wystosował apel o darowiznę, żeby ratować podupadający budżet.

 „No to jak, robimy tę gazetę?” - pyta Gérard Biard, który najwyraźniej jest w bojowym nastroju. „Co damy do tego numeru?” „Nie wiem, co tam się ostatnio wydarzyło na świecie?” - rzuca Patrick Pelloux. Wybuch nerwowego śmiechu. Biard podejmuje: „Jestem za tym, żeby zrobić normalny, w cudzysłowie, numer. Żeby czytelnicy rozpoznali «Charliego». Niech to nie będzie nic wyjątkowego”. ”Może być” - rzuca ktoś z zebranych. Niektórzy wysuwają pomysł, żeby zostawić puste pola tam, gdzie powinien znajdować się tekst albo rysunek zamordowanych w środę kolegów. Ostatecznie zespół się nie zgadza. „Nie chcę, żeby pozostała po nich namacalna pustka” - argumentuje Gérard Biard. „Muszą wszyscy znaleźć się tutaj, na tych stronach. Mustapha też”. Mustapha Ourrad, korektor, jest na długiej liście zabitych w środowym zamachu. „To zostawcie moje błędy!” - żartuje Patrick Pelloux i inni.

 „Słuchajcie! Fidel Castro nie żyje!” - krzyczy Luz i pokazuje oba środkowe palce, przeczytawszy wiadomość (wkrótce zdementowaną) na swoim telefonie. Reporter Laurent Léger usiłuje ponownie sprowadzić debatę na temat magazynu: „Myślę, że nie powinniśmy zamieszczać nekrologów, nie będziemy robić z numeru cmentarza”. Redakcja dyskutuje nad zawartością numeru. Gérard Biard: „Mam nadzieję, że przestaną nas wyzywać od laickich integrystów, że nie będzie się już więcej mówiło «tak, ale» dla wolności słowa”. Laurent Léger: „Myślę, że możemy też napisać, że                 w ostatnich latach byliśmy bardzo osamotnieni”. Luz: „Ten numer musi też mówić o tym, co dalej”. Corinne Rey: „Pokażmy, że jesteśmy żywi!” Richard Malka: „I że nie rezygnujemy z krytyki religii”.

„Charlie Hebdo" to szczególny magazyn: tak naprawdę nie zawiera kolumn, ale „przestrzenie” przydzielone danemu autorowi lub rysownikowi. Te, które należały do zmarłych, zespół postanawia zapełnić odszukanymi, nigdy wcześniej nie publikowanymi materiałami. W numerze, który wkrótce trafi do kiosków, pojawią się więc ponownie Charb, Cabu, Wolinski i Honoré. Dyskusję od czasu do czasu przerywa czyjś płacz, który wybucha gwałtownie, żeby zaraz ucichnąć w ramionach sąsiada. Uściski rąk i mokre oczy.

Richard Malka odchrząkuje: „Właśnie przyszedł Manuel Valls”. Zespół wzdycha, rozprasza się, zaczynają się rozmowy. W towarzystwie Minister ds. Kultury i Komunikacji Fleur Pellerin, która ma na piersi naklejkę „Je suis Charlie” oraz całej trupy zewnętrznych dziennikarzy, asystentów i rzeczników, premier podchodzi, żeby zamienić z każdym uścisk dłoni, przy okazji zdradzając parę informacji na temat operacji trwającej                  w Dammartin-en Goële. „Obaj zamachowcy są w pułapce” – mówi, na koniec życząc całej ekipie zgromadzonej w „Libé" „dużo odwagi”.

Biard rzuca: „No dobrze, dziennikarze już poszli? Ministrowie też? To co robimy ze stroną 16?”. Jego pytanie ginie w hałasie otwieranych puszek Coca Coli, wśród podjadanych bułeczek z czekoladą, tłumionych łez, policyjnych syren na zewnątrz. Patrick Pelloux siedzi ubawiony w kącie: „To się nazywa zebranie redakcyjne, co za burdel. Faktycznie wracamy do formy!”.

Tekst został pierwotnie opublikowany przez „Libération", która wpadła na wspaniały pomysł, żeby zamieścić go na Creative Commons i w ten sposób umożliwić jego publikację innym mediom. Dziękujemy.