Społeczeństwo

Chelas: nie najgorsza dzielnica w Lizbonie

Artykuł opublikowany 5 kwietnia 2011
Artykuł opublikowany 5 kwietnia 2011
„Byłeś już w Chelas? Mieszkam w Lizbonie osiem lat i nigdy dotąd nie odważyłam się tam pojechać”, przyznała Melinda, 23-letnia studentka, która przeprowadziła się do Portugalii z Republiki Zielonego Przylądka wraz z całą rodziną. Melinda nie jest jedyną osobą, która wie, że ta dzielnica ma nie najlepszą reputację.

Republika Zielonego Przylądka, Gwinea, Sao Tome, Zanzibar, Angola, Mozambik… Portugalia popełniła w przeszłości wiele błędów, dewastując zasoby naturalne niektórych afrykańskich państw, i ma teraz moralny dług do spłacenia. Wielu Afrykańczyków znających język portugalski, z uwagi na przyjazną politykę imigracyjną, przeprowadziło się do kraju byłego kolonizatora w nadziei na lepsze życie. Portugalczycy są ponadto na ogół życzliwie nastawieni wobec tych rozmownych przybyszów. „Nie ma tu rasizmu, w szczególności pomiędzy dziećmi”, mówi Mais, 40-letnia kobieta, która trzyma na rękach swoją małą córkę Camille, siedząc naprzeciwko swojej starej matki Adelaide. Trzy pokolenia kobiet mieszczą się w niewielkim kiosku przy ulicy, w którym Adelaide sprzedaje owoce i warzywa. Ich rodzina przeniosła się do Portugalii z Republiki Zielonego Przylądka trzydzieści lat temu i żyje obecnie na skraju ubóstwa, zarabiając niewiele na sprzedaży produktów innym mieszkańcom Chelas. Nie narzekają oni jednak na ich tutejszy standard życia. „Camille może przynajmniej chodzić tu do szkoły wraz z innymi dziećmi i czujemy się tutaj bezpieczni”, dodaje Mais po francusku.

Pierwsze wrażenia po opuszczeniu stacji metra w Chelas nie są niczym niezwykłym: zwyczajne ulice, typowe portugalskie budynki, uśmiechający się ludzie i korki. „Tu nie jest bezpiecznie, szczególnie po 19, więc lepiej nie szukać kłopotów, bo łatwo można je tu znaleźć”, ostrzega Jorge Barbosa, funkcjonariusz policji pracujący w komisariacie znajdującym się niedaleko od wejścia do metra. „Łatwo tu zgubić aparat, więc lepiej go schowaj”. Skręcamy na południe. „Nie idźcie tam!”, krzyczy za nami. „To nie najlepsze miejsce na przechadzki”, potwierdził kierowca autobusu, po czym zniknął za chmurą spalin, pozostawiając nas w samym sercu afrykańskiej części miasta. Budynki wyglądają tu nieco inaczej: są szare, przytłaczające, zaniedbane. Tutejsi mieszkańcy sprawiają wrażenie, jakby wałęsali się bez celu. Ci, których spotykamy, znają francuski albo angielski i nie mają ochoty na wywiad. „Przeprowadziłem się tu z moją rodziną z Gwinei dwadzieścia lat temu”, mówi po francusku Nelson, 64-letni mężczyzna stojący przed osiedlowym sklepem spożywczym. „Nigdy nie myślę o tym, jak nasze życie tutaj wygląda. Żyjemy po prostu z dnia na dzień, unikając kłopotów i starając się wychować nasze wnuki na porządnych ludzi”. W tej sennej, prawie nudnej okolicy jest tylko jeden rzucający się w oczy budynek, którego fioletowe, żółte, różowe, zielone i niebieskie ściany wyróżniają się na tle otoczenia tak drastycznie, że momentalnie przykuły naszą uwagę. Wąski korytarz wiedzie do środka; spokojna atmosfera panująca w tej dzielnicy stłumiła nasze poczucie zagrożenia, więc opuszczamy ulicę, by zobaczyć, co kryje się za tymi murami.

Mamy poczucie wkraczania w inny wymiar. Dziedziniec jest pusty, ale jednocześnie uciążliwie duszny, z przyciszonymi dźwiękami hip-hopu dobiegającymi z otwartego okna. Pstryk! Robimy jedno zdjęcie i rozpętuje się chaos. Natychmiast ponad tuzin młodych Afrykańczyków pojawia się z każdej strony dziedzińca, kryjąc twarze za t-shirtami, biegną w naszą stroną i krzyczą coś po portugalsku. Otaczają nas, zaczynają popychać, chcą zabrać nasze kamery, krzycząc jednocześnie, że pracujemy dla policji. W ich oczach widać wściekłą złość. Gdy zdają sobie sprawę, że jesteśmy cudzoziemcami, niektórzy zaczynają krzyczeć po angielsku. Starając się nie wypuścić aparatów z naszym rąk, tłumaczymy im, że zgubiliśmy się w okolicy, odwiedzając Chelas, po to by zobaczyć, jak się tu mieszka. W końcu udaje nam się ich przekonać, musimy jednak skasować wszystkie zdjęcia.

Gdy opuszczamy budynek, ich ciekawość dodaje nam odwagi. Podając sobie ręce, zyskujemy trochę zaufania i zaczynamy pytać o ich życie, pochodzenie i problemy. Okazując szacunek, udaje nam się rozpocząć rozmowę. „Zrobiłeś zdjęcie dwóm facetom w czasie narkotykowej transakcji”, mówi Dave, młody Brytyjczyk odwiedzający rodzinę mieszkającą w Chelas. „Tutaj przeważnie sprzedają swój towar całej dzielnicy.” Pomimo że dokładnie po przeciwnej stronie ulicy znajduje się komisariat, żaden policjant tu nie zachodzi, przyznaje Dave. „Nie wchodzą do środka, za bardzo się nas boją”. Przeważająca część grupy, z którą rozmawiamy jest czarnoskóra, jest jednak również kilku białych Portugalczyków. „Jesteśmy jak rodzina, kolor skóry nie ma znaczenia”, mówią. „Mieszkają na tej samej ulicy, chodzą do tej samej szkoły, mają takie same problemy, więc dlaczego mieliby się nienawidzić?”, dodaje Dave.

Dookoła dzieci rozmawiają i bawią się bez strachu. 14-letnia Melissa, Neuza i Ugu przyznają, że Chelas to ich dom. Pochodzenie ich rodziców czy kolor skóry nie są dla nich ważne. „Jeśli jesteś stąd, nie masz się czego bać”, mówi Melissa. „Po prostu akceptuj i respektuj innych”. Ostatnie słowo należy się nazwie ulicy przy której znajduje się sklep, szkoła, przedszkole, posterunek policji, kryjówka dealerów oraz kiosk z warzywami: Avenida Joao Paulo II, czyli Aleja Jana Pawła II.

Artykuł opowiada o doświadczeniach autora z 2008 r. i pierwotnie został opublikowany w na blogu Europeinmotion

Fot. © An-Sofie KesteleynF