Społeczeństwo

Christiania - czyli duńska alternatywa

Artykuł opublikowany 1 sierpnia 2012
Artykuł opublikowany 1 sierpnia 2012
Christianię, dzielnicę położoną w samym sercu Kopenhagi, zamieszkuje dziś około setka „niezwyciężonych”, tworzących jedyną w swoim rodzaju, samowystarczalną społeczność w Europie. Jednak wraz z nadejściem lat 70-tych, libertariański duch napędzający życie tej wspólnoty zaczął się powoli wypalać. Kim są ci, którzy dziś żyją, pracują lub po prostu spędzają czas wolny w Christianii?
O odpowiedź na te pytania poprosiliśmy Rasmus i Nynne.

Lodowaty, ścinający policzki wiatr zaprowadza mnie do wschodniej części Kopenhagi, niedaleko Øresund - cieśniny łączącej Morze Bałtyckie z nadmorskim rejonem Kattegat. oddzielającej tym samym Duńczyków od Szwedów. Nieopodal leży Christiania – miejsce legendarne, znane jako największy squat Europy oraz ostoja opozycyjnego ducha lat 70-tych. W owych czasach setki anarchistów dobrze wiedziało jak rozdzielić aktywizm polityczny od hipisowskich marzeń. Od czego więc społeczeństwo Christianii próbuje się odgrodzić dzis?

„Bambi pośród plastikowych puszek”

Powoli zbliżam się do Green Light District oraz do głównej arterii handlowej Christianii, znanej pod nazwą Pusher Street, gdzie sprzedaż i kupno miękkich narkotyków jest legalne. Zaraz po otwarciu drzwi do galerii wita mnie Rasmus. Tuż za jego plecami ukazuje mi się obraz zatytułowany „Bambi pośród plastikowych puszek”. „Multikulturalizm tego miejsca nie polega na bogactwie mniejszości etnicznych, czy narodowych. Chodzi tu raczej o społeczność złożoną z ludzi o przeróżnych doświadczeniach: są wśród nich bogaci, tak jak biedni, mniej lub bardziej wykształceni, a mimo to wszyscy zgodzili się dołączyć do tej społeczności całkowicie pozbawionej hierarchii. Łączy ich jedno: oni wszyscy równo odrzucają duński model społeczeństwa. Nie oznacza to jednak, że władze akceptują te hipisowskie wybryki bez krzty krytyki. Mieszkańcy Christianii będą musieli pójść na kompromis a to (dla władz miasta) oznacza wykupienie terenu, który sobie zawłaszczyli i który okupowali przez cztery dekady.

W miarę jak kraj bije wszelkie rekordy dotyczące wprowadzanie coraz to nowych restrykcji dot. imigrantów, przez co lokalny model integracji nie wydaje się być na tyle zaawansowany co w pozostałej części Danii. Według Rasmusa, jedna trzecia społeczności Christianii to obcokrajowcy, przy czym większość z nich pochodzi z Niemiec. To tak naprawdę żaden zbieg okoliczności: okupacja nazistów oraz zmiany położenia granic sprawiły, że długoterminowy pobyt w Christianii był tka naprawdę naturalną konsekwencją konfliktów międzypaństwowych, jakie miały miejsce w XX wieku. Większość z nich (członków wspólnoty) jest dzisiaj objęta całkowitą ochroną (w przeciwieństwie do np. Grenlandczyków, czy Romów), co nie przeszkodziło Danii w zachowaniu szczególnej ostrożności w momencie przystępowania do EEC jako dziewiąty członek zjednoczonej Europy, forsując swoje pomysły na modyfikację traktatów „unijnych”, wśród których to znalazł się postulat ograniczenia prawa do wykupu przez Niemców duńskich ziem na tzw. „drugie domy”. 

Tak jak gdziekolwiek indziej, najpierw trzeba wypełnić podanie!

Wobec takich okoliczności można stwierdzić, że Deborah – Niemka, która pracuje na poczcie w Christianii, jest szczęściarą. Do Kopenhagi przybyła 20 lat temu. Z ciekawości. Po tym jak wyszła za duńskiego dziennikarza, postanowiła już nigdy nie wracać do ojczyzny. „Uwielbiam Christianię, ponieważ jest to miejsce, gdzie każdy może być sobą, gdzie każdy jest mile widziany” - twierdzi, co pokrywa się z opinią Rasmusa. Takie stwierdzenie, wypowiedziane w kraju, który co chwilę potyka się o własną politykę dot. swobodnego przemieszczania się obywateli, budzi niemałą ciekawość. Dlaczego w takim razie Deborah nie żyje w Christianii? „Kiedyś złożyłam nawet moje podanie o to, by móc zamieszkać w Christianii, ale z powodu zbyt dużej ilości aplikantów, moje podanie zostało odrzucone.

Wielu, podobnie jak Deborah, szybko zdało sobie sprawę z tego, że nie można tak po prostu stać się członkiem społeczności, „na to trzeba sobie zapracować” - twierdzi Jørn. Jako muzyk i reżyser filmowy, regularnie dokładał swoją cegiełkę do tych wspólnotowych puzzli już przed długi czas. Filmy dokumentalne opowiadające o przemocy, jakiej zaznali mieszkańcy Pusher Street, kręcił już nie raz, nie dwa. To były mroczne czasy. Policja obnażała intymność członków wspólnoty tylko po to, by sprawdzić, czy nie chowają narkotyków pod bielizną. Jørn bez ogródek przyznaje, że jego podanie zostało zaakceptowane tylko i wyłącznie ze względu na jego popularność, jakiej przysporzyły mu dotychczasowe działania na rzecz wspólnoty. Jørn został wybrany spośród puli 70 kandydatów. Jak na szczęściarza przystało, przypadło mu mieszkać w 3-pokojowym domku usytuowanym w samym centrum wspólnoty. Owa gościnność nie przewiduje jakiegokolwiek specjalnego traktowania mniejszości, żądnego faworyzowania różnorodności, żadnej dyskryminacji pozytywnej. Wszystko wskazuje na to, że społeczność Christianii wyznaje zasadę merytokracji z poszanowaniem zasad przyjaźni. 

Christiania: w poszukiwaniu spokoju ducha 

Oto jeden z powodów, dla których Nynne (21 lat) nie chciałaby mieszkać w Christianii. Czasem pojawia się tu na imprezach, ale to wszystko. „To miejsce jest przeze mnie uwielbiane i znienawidzone zarazem” - mówi. „Kiedyś, ludzie mogli swobodnie poruszać się po ulicach, choćby na golasa. Dziś, niektóre z tych niegdyś panujących zasad zostały zatracone”. Nieopodal nas, widok bladych i nieco skonfundowanych Duńczyków siedzących przy stolikach Nemolandu – lokalnego fastfoodu – zdaję się to wszystko potwierdzać: smętnie siedzą z worami pod oczami i wypalają swoje (pierwsze) jointy, popijając przy tym coca-colę, bądź lokalne „bio-piwo”.

Z kulturalnego punktu widzenia, Christiania wciąż pozostaje punktem odniesienia dla wielu artystów. Z drugiej jednak strony, ta awangardowa wspólnota powoli wkracza na drogę ku transformacji w żywe muzeum (co roku odnotowujące około miliona odwiedzających) przestarzałej utopii. Ci turyści, jakże pełni ciekawości i nostalgii, przybywają tu w celu okazania poparcia dla obrony alternatywnych ruchów społecznych, jakie zrodziły się w minionych dekadach. Legitymizacja obecnej władzy, przymusowa normalizacja policyjno -sądownicza, elitaryzm oraz przesadne wychwalanie duńkiej kultury masowej – oto problemy, jakie nękają Christianię (odnoczącą się do nich z mniejszą lub większą dozą fatalizmu) już od wielu lat. Nie można pominąć faktu, że w XXI wieku, typowy członek Christianii ma od jakiegoś czasu sporo problemów z utrzymaniem przy życiu mitu czystej niezależności oraz marginalności. 

Jørn dobrze o tym wie i nie ma najmniejszego zamiaru poddać się żelaznym zasadom duńskich władz. „Musimy się jakoś sensownie zorganizować” - twierdzi. „Powinniśmy mieć rzecznika prasowego, adwokatów, którzy byliby w stanie za nami się wstawić w sądzie. Aby to wszystko zaczęło poprawnie działać, powinniśmy przestać ślepo faworyzować anarchię.

Niniejszy artykuł powstał w ramach kopenhaskiej edycji projektu cafebabel.com pt. "Multikulti on the ground". Serdeczne podziękowania należą się Ulrikowi Troll Smed z lokalnej ekipy cafebabel.com Kopenhaga.

Fot.: © Nicola Zolin dla projektu ‘Multikulti on the ground‘ Kopenhaga