Społeczeństwo

Czego wstydzi się Casablanca?

Artykuł opublikowany 4 czerwca 2014
Artykuł opublikowany 4 czerwca 2014

Sidi Mo­umen to jeden z 500 slum­sów w Ca­sa­blan­ce. Po­cho­dzi stam­tąd 5 za­ma­chow­ców, któ­rzy prze­pro­wa­dzi­li naj­więk­szy atak ter­ro­ry­stycz­ny w hi­sto­rii Ma­ro­ka. Więk­szość Ma­ro­kań­czy­ków nigdy nie po­sta­wi tam swo­jej stopy. My jed­nak od­wie­dzi­li­śmy to miej­sce, roz­ma­wia­li­śmy z ludź­mi i przyj­rzeliśmy się Sidi Mo­umen w kon­tek­ście całej Ca­sa­blan­ki.

Sidi Mo­umen to nie żarty, Mon­sieur” - przed chwi­lą ra­do­sny tak­sów­karz po­sęp­nie wy­po­wia­da te słowa przy wtó­rze pisku opon, zu­peł­nie tak, jakby samo na­po­mknię­cie o tym znie­sła­wio­nym miej­scu wy­star­czy­ło, żeby zabić całą ra­dość pa­nu­ją­cą w ma­lut­kim Fia­cie Uno. 

Miej­sce, gdzie więk­szość miesz­kań­ców ca­sa­blan­ki nigdy nie po­sta­wi  swo­jej stopy

Po­mi­mo, że  w stro­nę od­da­lo­nych dziel­nic  gład­ko suną no­wo­cze­sne lśnią­ce tram­wa­je, więk­szość miesz­kań­ców mia­sta nigdy nie udaje się do tak da­le­ko. Lu­dzie po­strze­ga­ją te dziel­ni­ce jako coś tylko tro­chę mniej nie­bez­piecz­ne­go, niż ko­lo­nie trę­do­wa­tych. Świa­do­mość jed­nak po­wo­li się zmie­nia: w Sidi Mo­umen wdra­ża­ny jest wła­śnie jeden z naj­bar­dziej am­bit­nych pla­nów arab­skie­go świa­ta ma­ją­cy na celu zmniej­sze­nie licz­by slum­sów i zwal­cza­nie biedy. Dla­cze­go? Wła­śnie przez to, „co się stało” – uży­wa­jąc miej­sco­we­go spo­so­bu mó­wie­nia. 

To" stało się 16 maja 2003 roku w porze obia­do­wej. Do po­pu­lar­nej ka­wiar­ni Café de Espa­na w cen­trum wbiegł męż­czy­zna de­to­nu­jąc bombę przy­mo­co­wa­ną do klat­ki pier­sio­wej. Czte­rech ko­lej­nych za­ma­chow­ców za­ata­ko­wa­ło in­ne cele w mie­ście. Był to naj­bar­dziej śmier­cio­no­śny atak ter­ro­ry­stycz­ny w hi­sto­rii Ma­ro­ka. Zgi­nę­ło w nim 45 osób, a ran­nych zo­sta­ło ponad 100. Wcze­śniej, ran­kiem, wszy­scy za­ma­chow­cy opu­ści­li swoje domy w slum­sach Sidi Mo­umen.

Zmia­ny na lep­sze

Bied­ne dziel­ni­ce Ca­sa­blan­ki stały się sy­no­ni­mem eks­tre­mi­zmu, ale jed­no­cze­śnie za­czę­ły przy­cią­gać ak­ty­wi­stów. Do tych czę­ści mia­sta na­pły­wa z Cen­trum Kul­tu­ry Sidi Mo­umen, wy­róż­nia­jącego się jak la­tar­nia mor­ska na tle wzbu­rzo­ne­go morza, mnó­stwo pro­jek­tów so­cjal­nych. Oso­bli­wy żółty au­to­bus szkol­ny „z Har­ris­bur­ga w Pen­syl­wa­nii” to pierw­sza ozna­ka tego, jak ważne są ze­wnętrz­ne fun­du­sze dla pierw­sze­go cen­trum spo­łecz­ne­go w całym Ma­ro­ku.

Ośro­dek za­pew­nia gru­pie ponad 300 mło­dych ludzi ze slum­sów bi­blio­te­kę z 5 000 ksią­żek, in­stru­men­ty mu­zycz­ne, kom­pu­te­ry, za­ję­cia spor­to­we, ję­zy­ko­we i ogrom in­nych form ak­tyw­no­ści. Kiedy do­cie­ram na miej­sce, wła­śnie trwa kon­kurs mło­dych ta­len­tów. Bio­rą­cy w nim udział ar­ty­ści pre­zen­tu­ją umie­jęt­no­ści jako DJ-e, tan­ce­rze i poeci. W pierw­szym rzę­dzie sie­dzi za­ło­ży­ciel cen­trum Bo­ub­ker Mazoz – wie­lo­let­ni or­ga­ni­za­tor spo­łecz­no­ści. Jego srebr­ne wło­sy i wą­sy spra­wia­ją, że wy­glą­da jak kopia Omara Sha­ri­fa z Dok­to­ra Ży­wa­go.

Dzię­ki swo­im, jak się wy­da­je - nie­skończonym, kon­tak­tom na całym świe­cie, Bo­ub­ker cią­gle po­zy­sku­je fun­du­sze.

„W za­sa­dzie sta­łem się pro­fe­sjo­nal­nym że­bra­kiem” - Bo­ub­ker szcze­rzy zęby w sze­ro­kim uśmie­chu. Półka za nim skrzy­pi od cię­ża­ru na­gród i od­zna­czeń z jego imie­niem. „Or­ga­ni­za­cje po­za­rzą­do­we przy­cho­dzi­ły, fun­do­wa­ły, wy­jeż­dża­ły i nic się nie zmie­nia­ło. Nawet ja przy­jeż­dża­łem tutaj, przy­wo­zi­łem do szkół tor­ni­stry, ale one je wy­prze­da­wa­ły. Więc zde­cy­do­wa­łem się zo­stać” - tłu­ma­czy. Wielu z pra­cow­ni­ków cen­trum do­ra­sta­ło w ta­kich trud­nych dziel­ni­cach i dla­te­go ro­zu­mie jak ważne jest, aby po­zo­sta­wać we­wnątrz tego spo­łe­czeń­stwa i dawać innym przy­kład. Cen­trum było nawet źró­dłe, in­spi­ra­cji dla twór­ców po­dob­nych pro­jek­tów w sio­strza­nym mie­ście Ca­sa­blan­ki – Chi­ca­go.

Po­mi­mo za­pew­nień rządu o znacz­nej po­pra­wie w dziel­ni­cy slum­sów, cią­gle sza­cu­je się, że 111 500 ro­dzin tło­czy się w 500 nie­le­gal­nych obo­zach w samej Ca­sa­blan­ce, co budzi nie­po­kój zwłasz­cza w ob­li­czu Arab­skiej Wio­sny, która mogła rów­nie do­brze mieć miej­sce w Ma­ro­ku. Jeśli tak by się stało, miej­sca takie jak Sidi Mo­umen, po­mi­mo, że wiele się tam już zmie­ni­ło od za­ma­chu, mo­gły­by się stać punk­ta­mi za­pal­ny­mi. 

Na­gro­ma­dze­nie fru­stra­cji

„Tu nie pa­nu­je ra­dy­kal­ny islam, tylko nie­spra­wie­dli­wość, bieda i mar­gi­na­li­za­cja. Prze­stęp­ca jest ra­dy­ka­li­stą, czyż nie?” - pyta Bo­ub­ker. „Kiedy lu­dzie nie czują się oby­wa­te­la­mi, nie czują, że pań­stwo jest dla nich i dla ich ro­dzin, wzbie­ra w nich fru­stra­cja. Nie nisz­czysz cze­goś co na­le­ży do cie­bie”.

W to­wa­rzy­stwie Mo­hammeda Aaito­una z cen­trum oraz Mo­kh­tara i Ab­der­ah­mane’a – straż­ni­ków – skrę­ca­my za róg i do­cie­ra­my do slum­sów Al Man­zah. Wi­dzi­my gó­ru­ją­ce nad slum­sa­mi pię­cio­pię­tro­we bu­dyn­ki, ro­dzi­ny są stło­czo­ne w nie­wiel­kich klat­kach dla kró­li­ków z drew­na i me­ta­lu. Cza­sem ścież­ka jest tak wąska, że mu­si­my iść gę­sie­go, od czasu do czasu ocie­ra­jąc się o wi­no­ro­śle nad na­szy­mi gło­wa­mi. Mija nas star­szy męż­czy­zna sprze­da­jący chleb z wózka cią­gnię­te­go przez osła. Można tu spo­tkać drob­ną dzia­łal­ność, a nie­któ­rzy wy­ko­nu­ją nie­wiel­kie zle­ce­nia poza dziel­ni­cą. Wielu mesz­kań­cow tych re­jo­nów to jed­nak osoby bez­ro­bot­ne i nie ­po­tra­fią­ce czy­tać i pisać.  W Al Man­zah ludz­ka sła­bość jest wy­sta­wio­na na widok pu­blicz­ny, dla­te­go prze­cho­dzi­my przez slum­sy szyb­ko, aby ni­ko­mu nie dzia­łać na nerwy. Już na wol­nej prze­strze­ni po dru­giej stro­nie, za ster­tą śmie­ci, która wy­da­je się wi­bro­wać od odoru, dzie­ci po­zu­ją do zdjęć ni­czym ra­pe­rzy i krzy­czą za nami, gdy już od­cho­dzi­my: „bonne chan­ce, mes amis!”

W dziel­ni­cy Anfa - Be­ver­ly Hills Ca­sa­blan­ki - przy czy­stych uli­cach oto­czo­nych rów­ny­mi rzę­da­mi palm pysz­nią się oka­za­łe białe wille pro­wa­dzą­ce do Cor­ni­che. Nad ho­ry­zon­tem i szu­mem fal ude­rza­ją­cych o skały gó­ru­je Me­czet Has­sa­na II, po Mekce drugi naj­więk­szy me­czet na świe­cie. Każdy oby­wa­tel Ma­ro­ka zo­stał zmu­szo­ny do fi­nan­so­we­go wspar­cia bu­do­wy tego me­cze­tu, wli­cza­jąc w to miesz­kań­ców slum­sów wy­sie­dlo­nych w trak­cie bu­do­wy. Kil­ka­set me­trów wzdłuż brze­gu zna­jo­ma mie­sza­ni­na bla­sza­nych da­chów wy­sta­je ponad dwu­me­tro­wą wy­bie­lo­ną ścia­nę oka­la­ją­cą ob­szar „bi­do­nvil­le". To fran­cu­skie okre­śle­nie slum­sów, które praw­do­po­dob­nie po­wsta­ło w Ca­sa­blan­ce. Takie wi­do­ki, czę­sto okre­śla­ne mia­na­mi ścia­na wsty­du, są nor­mal­no­ścią w mie­ście. Mogą być me­ta­fo­rą ob­ra­zu­ją­cą sto­sun­ek spo­łe­czeń­stwa do roz­ra­sta­ją­cej się nędzy - po­zbyć się cze­goś z oczu ozna­cza po­zbyć się pro­ble­mu.

Co z hip­ste­ra­mi?

Nie­któ­rzy z bo­ga­tych uczest­ni­ków noc­ne­go życia Ma­ro­ka, któ­rzy wy­peł­nia­ją uli­czki ze sno­bi­stycz­nymi klu­bami, w któ­rych bu­tel­ka szam­pa­na kosz­tu­je pra­wie 1000 euro (w kraju, gdzie, we­dług da­nych Banku Świa­to­we­go, PKB wy­no­si 2100 euro na jed­ne­go miesz­kań­ca), mają dar­wi­now­skie po­dej­ście. Młody przed­się­bior­ca kręci nosem mó­wiąc: „Po­trzeb­ni są i bied­ni i bo­ga­ci – to wa­ru­nek sta­bil­no­ści w pań­stwie. Jeśli tylko lu­dzie nie giną z głodu, wszyst­ko dzia­ła tak jak na­le­ży”.

Po­dob­nie jak w przy­pad­ku naj­więk­sze­go me­cze­tu i naj­więk­szych slum­sów w Afry­ce, w Ca­sa­blan­ce znaj­du­je się też naj­więk­sze cen­trum han­dlo­we o na­zwie „Mo­roc­co Mall”. Su­kien­ki kosz­tu­ją tu około 900 euro, a od­wie­dza­ją­cy mogą nur­ko­wać w wiel­kim akwa­rium z tro­pi­kal­ny­mi ry­ba­mi. Z ta­ra­su jed­nej z nie­wy­obra­żal­nie dro­gich re­stau­ra­cji do­strze­ga­my ma­leń­ką wy­sep­kę przy brze­gu i zbli­ża­my się do niej.

Star­sze ko­bie­ty bez zębów sie­dzą na mo­ście, gra­jąc na bęb­nach mu­zy­kę Cha­abi, a kiedy je mi­ja­my na­zy­wa­ją nas „voy­eurs” (pod­glą­da­cze, red.). Po­ko­nawszy la­bi­rynt ale­jek i gąszcz po­nu­rych budek do­cie­ra­my do ska­li­ste­go urwi­ska i cu­dow­ne­go bez­mia­ru Atlan­ty­ku. Ro­dzi­ny i pary po­zu­ją do zdjęć, a gęsi i kur­cza­ki pró­bu­ją wy­łu­dzić od nich tro­chę chle­ba. Na­iw­nie myślę, że zwie­rzę­ta są tutaj dla za­ba­wy z dzieć­mi. Póź­niej jed­nak po­in­for­mo­wa­no mnie, że ich pod­cię­te gar­dła i roz­la­na krew są nie­odzow­ną czę­ścią ofia­ry dla Abdel Rah­ma­na – świę­te­go, któ­re­go miej­sce spo­czyn­ku we­dług wie­rzeń znaj­du­je się wła­śnie tutaj.

„Kie­dyś prze­drzeź­nia­li cho­rych, któ­rzy przy­by­wa­li tutaj z na­dzie­ją na ozdro­wie­nie” – wspo­mi­na nasz ma­ro­kań­ski dzien­ni­karz, wska­zu­jąc w kie­run­ku „Mo­roc­co Mall”, ma­ja­czą­ce­go w od­da­li ni­czym sko­ru­pa pan­cer­ni­ka. „Dziś to oni są cho­ry­mi”.

Ten ar­ty­kuł jest czę­ścią pro­jek­tu Eu­ro­med Re­por­ter prze­pro­wa­dzo­ne­go we współ­pra­cy z iWatch i SE­ARCH FOR COM­MON GRO­UND  i wspie­ra­ne­go przez fun­da­cję Anny Lindh.