Społeczeństwo

Freelance w Wilnie: bałtyckie tygrysy na swoim

Artykuł opublikowany 20 maja 2010
Artykuł opublikowany 20 maja 2010
Są dizajnerami, programistami, fotografami, dziennikarzami; niektórzy nie mają stałego zatrudnienia, inni chcą jedynie dorobić. Co ich łączy? Są wolnymi strzelcami. Na Litwie, dotkliwie dotkniętej przez kryzys, kreatywni przedsiębiorcy biorą sprawy w swoje ręce, czy to z konieczności czy z przekonania.
Analiza freelance jako tej formy działalności, która okaże się może kluczem do ekonomicznej reaktywacji dawnego „bałtyckiego tygrysa”.

Czasy, kiedy Litwa zyskała miano „Bałtyckiego tygrysa” (w odniesieniu do Azjatyckich Tygrysów, czyli pięciu państw w rejonie Pacyfiku charakteryzujących się boomem ekonomicznym w latach 90. XX w.), gdy tworzeniu nowych miejsc pracy (4,4% bezrobocia w 2007 r.) towarzyszył wysoki wzrost gospodarczy (około 8% między 2001 r. i 2007 r.), należą już do przeszłości. Nie dosyć, że krajowa gospodarka nie może podnieść się po 15%-towym spadku z zeszłego roku, prognozy na 2010 r. nie są optymistyczne. Wprawdzie państwo stara się uczynić rynek pracy bardziej elastycznym, jednak przedsiębiorstwa nie są w stanie zatrudniać nowych pracowników.

„W czasie kryzysu wzrosła liczba zamówień”

"Finish job, get paid (eventually)" - "repeat"

Dla Osvaldasa Valutisa, dizajnera, recesja miała swoje dobre strony. Podobnie dla Vyautasa Petrasiunasa, redaktora w dziale reklamy, który dzisiaj dostaje cztery razy więcej zleceń niż przed kryzysem: „wolny strzelec wykona tę samą pracę, co agencja, ale za połowę ceny”. Dla Gintasa Balciunasa, świeżo upieczonego absolwenta informatyki i przedsiębiorcy zauważonego podczas kwietniowego VilniusStartupWeekend, fakt że „wykwalifikowane osoby rozpoczynające działalność na własną rękę było katalizatorem start-upów” nie podlega dyskusji. Nie chodzi tylko o osoby bez stałej pracy: „z powodu kryzysu, wiele firm zatrudnia tylko na pół etatu, niektórzy pracownicy zaczęli więc proponować swoje usługi w czasie wolnym od pracy” - zauważa Polivlas Kytra, dyrektor Human Relations, litewskiej strony pośredniczącej w kontaktach między firmami a wolnymi strzelcami. Działalność widocznie przynosząca zyski, ponieważ w zeszłym roku na rynku pojawiło się już dwóch konkurentów.

Praca na własny rachunek jako nowy styl życia...

Ilma Nausedaite, zarządzająca jedną z takich firm, Dirbalaisvai ('wolna praca'), jest przekonana, że ten model pracy ma przyszłość: „w życiu nic nie jest pewne, zatrudnienie też nie. Pracować jako wolny strzelec to dawać z siebie maksimum w każdej chwili. Litwini są za bardzo przyzwyczajona do modelu stałej pracy na całe życie, jak to miało miejsce za Związku Radzieckiego. Trzeba zmienić mentalność i kryzys właśnie to robi”. Vita Markeviciute, aktualnie konsultantka ds. finansów, uosabia chęć zmian. Po wielu rozmowach o pracę zdała sobie sprawę, że nie interesuje jej nic z tego, co jej zaproponowano: „Chciałam pójść inną drogą. Lubię poczucie wolności, możliwość samodzielnego myślenia, o co trudno w przypadku stałego etatu. Kryzys zachęcił mnie do pracy na własny rachunek”. Niektórzy decyzje podjęli już przed kryzysem: „Nigdy nie interesowała mnie stała praca, lubię wolność podejmowania własnych decyzji” – oświadcza Osvaldas, dizajner. Praca na własny rachunek pozwala się rozwijać, zarabiać na chleb robiąc to, co się lubi.

...czy może ucieczka przed fiskusem?

Nie wszystko jednak wygląda tak różowo. Dla Algirdasa Miskinisa, doktora na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Wileńskiego, praca na zlecenia niesie ze sobą istotne ryzyko: ”to jest otwarcie drzwi dla podziemia ekonomicznego”. Jak potwierdza Kytra z Human Relations, firmy pośredniczące nie mają żadnej kontroli nad zawartością czy nawet istnieniem umów. „Jeżeli podmiot wykonujący dane zlecenie jest osobą prywatną, możliwości przeprowadzenia transakcji bez płacenia podatku są praktycznie nieograniczone”. W swoich styczniowych badaniach nad stanem rynku litewskiego think-tank, Lithuanian Free Market Institute szacuje, że ekonomiczne podziemie stanowi 27% PKB. Ale nie każdy widzi w tym problem. Gintas, młody przedsiębiorca, traktuje to jako zło konieczne: „Niektóre firmy, a zwłaszcza start-upy, na początku kierują się ku gospodarczemu podziemiu. Ale moim zdaniem nie ma w tym nic złego, ponieważ tworzą przyszły kapitał. Prędzej czy później i tak będą musiały wejść w ramy systemu”. Jest tylko jeden problem: są to zyski, których aktualnie potrzebuje budżet państwa. Z drugiej strony przedsiębiorstwa skarżą się na zbyt wysokie składki socjalne. To w inicjatywie państwa wiele osób widzi przyszłość Litwy. Biorąc przykład z Sillicon Valley, rząd rozpoczął projekt Sunrise Valley, którego największym osiągnięciem jest park naukowy i technologiczny, otwarty w 2008 r. Centrum ma zgromadzić pod jednym dachem nowe projekty, studentów, przedsiębiorców, badaczy i inwestycje.

Pracownicy niezależni, kreatywni, wysoko wykwalifikowani i gotowi pracować za małe pieniądze - to właśnie może stanowić siłę napędową, której potrzebuje litewski rząd do osiągnięcia swojego celu: stworzenia bieguna kreatywności i współzawodnictwa w dziedzinie nowych technologii między Skandynawią, Rosją i Europą centralną. Czy litewska gospodarka skorzysta z tej okazji? W każdym razie tego oczekuje ta część społeczeństwa, która, bardziej dotknięta kryzysem, nie widzi w nim ani dobrych stron, ani ekscytującego wyzwania; raczej przeznaczenie.

Zdj.: ©Hipopótominha/Flickr; komiks ©bornazombie/Flickr (le blog du bédéiste IDKYET); ©Ed Yourdon/Flickr