Społeczeństwo

Jak zostaliśmy Niemcami: Ojczyzna jest tam, gdzie jest dobrze

Artykuł opublikowany 13 maja 2015
Artykuł opublikowany 13 maja 2015

Jaka to była dla mnie radość i ulga, że Niemcy śmiali się na „Bękartach wojny”.

Wolałbym mieć na paszporcie niedźwiedzia zamiast orła z godła RFN. Ale nie tego z flagi Berlina, z czerwonymi pazurami, lecz miśka z brązu pokrytego zieloną patyną, który stoi w byłym punkcie granicznym Dreilinden. Przyjemnie go witać, kiedy wracam do Berlina.

Co mi przeszkadza w orle z godła?

Patrzę na niego i przypomina mi się moja babcia Rosjanka. Podczas wojny nikt właściwie z naszej rodziny nie ucierpiał ze strony Niemców. Tylko babcia urodzona w wiosce w Inguszetii, w roku 1931 musiała jako dziecko być ewakuowana przed frontem kaukaskim, a jej ojciec uniknął wojny przestrzeliwując sobie dłoń. W moich wspomnieniach pradziadek miał zawsze prawą dłoń owiniętą chustką. Babcia od najmłodszych lat starała się kształtować we mnie otwartość wobec świata, cytując słowa dziadka: „Wrogiem jest mi każdy zły człowiek, a każdy dobry jest niczym brat, i niech to będzie Czeczen, czy nawet Niemiec”. Także z tego powodu chętnie porozmawiałbym z babcią o tym, jak stawałem się Niemcem. Niestety, umarła dziewięć lat przed tą wiosną, kiedy kupiłem sobie bilet z Tel-Avivu do Berlina i z powrotem i tego powrotnego po prostu nie wykorzystałem. Sam więc muszę zajmować się tym orłem, uważam, że jest zbyt heraldyczny, patriotyczny.

Bycie Niemcem? Chyba wolałbym stać się od razu obywatelem Europy. Od samego początku uwolniłbym się od idei państwa narodowego. Bardziej abstrakcyjna „idea europejska” pozwoliłaby mi się łatwiej identyfikować niż niemiecki orzeł. A w związku z powierzchownym charakterem mojego problemu identyfikacyjnego uważam, że nie trzeba mi niczego więcej, niż równie powierzchownego rozwiązania. Ostatecznie większość ludzi, których obchodzi moja „Niemieckość", interesuje się, co najwyżej, moim powierzchownym byciem Niemcem, które łatwo można potwierdzić nowym dowodem osobistym. Pisząc te słowa, jedna rzecz stała się dla mnie jasna: stałem się Niemcem, przynajmniej w tym sensie, że teraz i ja zaczynam mieć problem z byciem Niemcem.

Cecha szczególna Niemców polegająca na nieuśmiechaniu się i na powściągliwości, kiedy opowiadam o moich pierwszych doświadczeniach z językiem niemieckim, wydawała mi się dziwna. To, że w dzieciństwie, podczas zabaw w wojnę, nauczyłem się na podwórku okrzyków: „Achtung”, „Hände hoch” i „Hitler kaputt”, nie było dla większości Niemców powodem do śmiechu.

Zastanawiam się, czy może teraz sam cierpię na „syndrom”, który przez te wszystkie lata mnie irytował? Gdy do kin weszły „Bękarty Wojny", kupiłem od razu bilet w Kinie International przy Alei Karola Marksa. Chciałem ten film obejrzeć w dużym kinie i wśród wielu ludzi. Jaka to była dla mnie radość i ulga, że Niemcy na tym filmie się śmiali.

Moje pierwsze próby bycia patriotą są dziś dla mnie dość wstydliwe.

Urodziłem się w Kazachskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, a jedno z moich najwcześniejszych wspomnień to uczucie radości, gdy w pierwszej klasie czytaliśmy w elementarzu o dziadku Leninie. Przepełniała mnie wdzięczność dla tego wspaniałego człowieka i byłem dumny, że urodziłem się w Związku Radzieckim, a nie na przykład jako syn niewolnika na mrocznym Zachodzie. Niezależnie od wychowania w kulcie Lenina sytuacja mojej sowieckiej ojczyzny pogarszała się, więc moi rodzice zdecydowali się na przesiedlenie do Izraela w poszukiwaniu lepszego życia.

Izraelska ustawa o powrocie umożliwia uzyskanie obywatelstwa Żydom a także ich małżonkom, dzieciom i wnukom. I tak w ramach dużej fali imigracji w latach 90. przybyło milion osób ze Związku Radzieckiego, wśród nich wielu, którzy tak jak ja, nie mieli Żydówki po kądzieli i dlatego w świetle prawa zwyczajowego nie są uważani za Żydów. Ale nie byliśmy też Arabami, więc przynajmniej stanowiliśmy akceptowalne rozwiązanie pośrednie problemu demograficznego tego małego żydowskiego państwa.

Nowo przybyłe osoby dostawały automatycznie obywatelstwo izraelskie. Zawarta w nim obietnica równych praw, którą w swojej naiwności chciałem interpretować jako „teraz wszyscy jesteśmy Izraelczykami", wydawała się istnieć tylko na papierze. Wciąż byliśmy konfrontowani z pytaniem „Czy jesteście Żydami?”, co uświadamiało nam istniejące różnice.

Kiedy zmarła babcia, mój dziadek musiał prywatnie zorganizować jej pogrzeb. Jako Nie-Żydówka nie mogła zostać pochowana na „normalnym” cmentarzu, gdyż cmentarze w Izraelu należą wyłącznie do gmin religijnych. Państwo izraelskie w tej, jak i innych dziedzinach życia, takich jak na przykład zawieranie małżeństw, nie wspiera wszystkich swoich obywateli. Ktoś, kto nie przynależy do żadnej wspólnoty religijnej, jest zdany wyłącznie na siebie.

Jako naiwny i łaknący przynależności izraelski nastolatek

Sympatyzowałem z Netanjahu w czasach jego pierwszej kampanii wyborczej. Jego książkę „Miejsce pod słońcem” przeczytałem jednym tchem, tak jakby dzięki sklejeniu idei prawicowo-konserwatywnych można było łatwiej stać się prawdziwym Izraelczykiem. Aby uznano mnie za prawdziwego Izraelczyka, chciałem zostać prawdziwym Syjonistą, lepszym nawet niż Żydzi. Autograf Ariela Sharona na ulotce partyjnej przypomina mi dziś moje ówczesne poglądy patriotyczne.

Po trzynastu latach pobytu w Izraelu nadal czułem, że nie jestem „prawdziwym” Izraelczykiem i że nie mogę niczego w tej kwestii zmienić. Ponieważ nie było już mojej sowieckiej ojczyzny, jedyna droga ucieczki przed niezadowoleniem z bycia obywatelem izraelskim prowadziła do przodu.

Na początku nie traktowałem Niemiec jako poważnej alternatywy. Już wówczas interesowałem się trochę tą lekko kanciasto-poetyczną mechanicznością języka niemieckiego, przede wszystkim jednak krautrockiem i muzyką dwóch bardzo różnych zespołów berlińskich: Element of Crime i Einstürzende Neubauten. Latem jeden miesiąc spędziłem na Uniwersytecie we Fryburgu na kursie językowym, rok później w sierpniu na Uniwersytecie Humboldtów, a potem otrzymałem stypendium na udział w projekcie naukowym na Uniwersytecie w Duisburgu-Essen. Moje pobyty w Izraelu stawały się coraz krótsze, aż wreszcie zameldowałem się formalnie w Urzędzie Miasta Berlin-Zehlendorf.

Pewnej zimy wracałem pociągiem do Berlina po Bożym Narodzeniu spędzonym u rodziny mojej dziewczyny we Wrocławiu. Byłem w dobrym humorze, czułem się duchowo i fizycznie wzmocniony ciepłem rodzinnym i cieszyłem się z powrotu do Berlina, do miasta, które sam sobie wybrałem. Na granicy niemiecko-polskiej prowadzono wtedy jeszcze drobiazgowe kontrole graniczne. Pod Forst niemieccy policjanci przeszli się po pociągu, a ja musiałem odłożyć książkę, najpewniej rosyjskojęzyczną powieść Nabokova z okresu berlińskiego, i pokazać izraelski paszport. Towarzyszyło temu dziwne, ale radosne uczucie, że oto jestem w domu! Tak, właśnie tam w pociągu, pomiędzy krajami i między językami, dokładnie w tym ruchomym nie-miejscu poczułem, że dotarłem do celu.

W dniu, kiedy otrzymałem obywatelstwo, urzędniczka pani M. i ja mieliśmy trochę więcej papierkowej roboty niż zwykle – podpis tu i tam, i jeszcze proszę w tym miejscu. Pani M. dała mi używaną kartkę formatu A4 i poprosiła bym „głośno i wyraźnie” przeczytał, co jest na niej napisane. „Oświadczam uroczyście, że będę przestrzegał Konstytucji i prawa Republiki Federalnej Niemiec i nie będę czynił niczego, co mogło by jej zaszkodzić". Naturalnie wiedziałem, że taki moment kiedyś nadejdzie, ale sądziłem, że taką przysięgę złożę w podniosłej sytuacji, na przykład przed dużym zgromadzeniem, z kwiatami, stojąc wśród innych kandydatów na nowych obywateli, jak z tych plakatów, którymi Berlin zachęca imigrantów do ubiegania się o obywatelstwo. Ale ponieważ byliśmy w biurze tylko we dwoje nie rozumiałem dlaczego pani M. upiera się przy ceremoniale. Czułem się upiornie. Powiew czegoś niewidzialnego przeszedł przez pokój. Duch państwa, mojej nowej ojczyzny.

Moje zakłopotanie było tak duże, że nawet nie zarejestrowałem tekstu tej deklaracji, dlatego chciałem go odszukać w internecie. Dotarcie do tej uroczystej deklaracji okazało się niełatwe. Nie pomógł mi w tym artykuł z Wikipedii o uzyskiwaniu obywatelstwa. (Nie wydaje mi się, bym w niemieckiej Wikipedii kiedykolwiek widział krótszy artykuł.) Przy okazji znalazłem przysięgę pionierów radzieckich, którą też zdążyłem zapomnieć. Pamiętam tylko zdenerwowanie, gdy w roku 1989 w piątej klasie z naszą wychowawczynią ćwiczyliśmy przed uroczystością. Potem zachorowałem i uniknąłem uroczystego patosu. Zostałem pionierem, bez przysięgi.

Ubi bene, ibi patria

Po tych obu staraniach zafałszowanych przez ideologię pozostaje mi być może tylko pragmatyczny pogląd Cycerona. Ojczyzna jest tam, gdzie jest dobrze. A jak mi się powodzi w Niemczech? Albo dokładniej: w moim już Berlinie? Unikając patetycznego tonu odpowiem, że moje życie Nowoniemca przynajmniej w sprawach biurokratycznych będzie trochę łatwiejsze. Cieszę się, że nie muszę już stawiać się w poczekalniach Urzędu ds. Obcokrajowców w dzielnicy Moabit, który od kilku lat nazywam „Zamkiem". Za każdym razem podając tam mój paszport czułem, że nie tylko zdaję się na cudzą, nieprzejrzystą łaskę i niełaskę, lecz składam tam moje całe przyszłe życie.

Ja jestem Niemcem. Mimo że, to proste zdanie nadal brzmi dla mnie jakoś obco, to jest prawdziwe. Z tym pierwszym słowem nie mam większego problemu. Wiem, do kogo odnosi się to „ja". Tak samo mało problematyczne jest dla mnie ostatnie słowo. Codziennie spotykam wielu Niemców. Więc mój problem musi tkwić wyłącznie w czasowniku.

Składający się z dwóch części artykuł autorstwa Karoliny Golimowskiej i Daniela Tkatcha „Jetzt bin ich also Deutsch" ukazał się po niemiecku w magazynie „The Germans" (nr 05/2013). W maju 2014 r. został nagrodzony Polsko-Niemiecką Nagrodą Dziennikarską im. Tadeusza Mazowieckiego. Po polsku publikowany był w Gazecie Wyborczej w sierpniu 2014. Artykuł Karoliny można przeczytać tu: „Jak zostaliśmy Niemcami: Długi test z niemieckości".