Społeczeństwo

Język Dantego zainfekowany anglicyzmami

Artykuł opublikowany 11 stycznia 2012
Artykuł opublikowany 11 stycznia 2012
„Social media”, „conference call”, „gossip”, bardzo „trendy” na „chat live online”... Czy Włosi jeszcze mówią po włosku? Czyżby nie przesadzali ze stosowaniem anglicyzmów? Usprawiedliwianie używania dialektu „italinglese” globalizacją nie jest wcale zadowalające... wystarczy spojrzeć na inne języki starego kontynentu.

W 150. rocznicę zjednoczenia kraju, język włoski, świętuje swoją ostateczną deklarację jako język ojczysty mieszkańców Półwyspu Apenińskiego. To jednak nie jedyna okazja do świętowania, ponieważ według ostatniego spisu języków „Ethnologue” istnieje około 7 mln osób włoskojęzycznych rozproszonych głównie między Szwajcarią, Francją, Chorwacją i Słowenią. Włoski staje się coraz bardziej powszechnym językiem obcym. Kursy włoskiego od lat cieszą się powolnym, ale za sto stałym wzrostem popularności w Europie wschodniej, Ameryce Południowej i w Stanach Zjednoczonych, gdzie katedry języka i kultury włoskiej rozwijają się prężnie.

Po co w takim razie martwić się językiem Dantego?

Pomimo rosnącej popularności poza granicami kraju, włoski sprawia największe trudności w jego rodzimej krainie. Język jest w istocie związany z wizerunkiem kraju, w którym jest używany, a także jest powszechnie uważany za wyraz jego kultury i tożsamości. Mimo tego, wszelkie próby ujednolicenia języka włoskiego przez rodzimych intelektualistów oraz instytucje kulturalne spotkały się z ostatecznym ich odrzuceniem. W odróżnieniu od reszty Europy i świata, Włosi tkwią w przekonaniu, że „język obroni się sam” i że nie wymaga on standardyzacji zasad dotyczących posługiwania się nim i rozpowszechniania. Przy okazji każdej propozycji takiej jak utworzenie „Wysokiej rady języka włoskiego”, pojawiają się nieodwołalne oskarżenia o faszyzm językowy. Niska gwarancja wolności, całkowity brak standardów językowych pozostawia narzędzia lingwistyczne w rękach mediów i agencji reklamowych, które w coraz większym tempie faszerują język wyrazami obcymi. W ostatnich latach zjawisko to osiągnęło rekordowy poziom, tak, że konsultacja tekstów „włoskich” wymaga użycia dobrego słownika języka angielskiego. Czy to nieunikniony los, któremu należy się poddać? Wręcz przeciwnie. Wystarczy spojrzeć na inne kraje europejskie, w których lepsze zrozumienie i identyfikacja z ich własnym narodowym językiem doprowadziły do wyników odmiennych, przy pełnym poszanowaniu podstawowych praw i wolności języka.

Inwazja barbarzyńskiej terminologii

Przy próbie tłumaczenia terminów specjalistycznych, prawie zawsze występujących w języku angielskim, często oponuje się absurd tłumaczenia międzynarodowych słów, takich samych na całym świecie. Jak śmieszna jest próba przeciwstawienia się lingwistycznej globalizacji, która obejmuje wszystkie języki świata... W większości przypadków, jest to absolutnie fałszywe. Na przykład w zanglizowanej dziedzinie komputerowej, włoski jest często jedynym językiem, który w pełni przejął niemal wszystkie angielskie terminy, przetłumaczone lub przystosowane w większości innych języków (które tworzą, w miarę potrzeb, odpowiednie neologizmy). Przykład? Podczas gdy język włoski przyjął słowo „file”, Francuzi mówią o „fichier”, Hiszpanie „archivo”, Niemcy zaś - „datei”. Wielu stwierdziłoby, że to inna historia, ponieważ są to najpopularniejsze języki używane na całym świecie. Co powiedzieć o holenderskim „bestand”, fińskim „tiedosto” i polskim „pliku”? To kraje, w których widoczny jest wysoki poziom średniej znajomości języka angielskiego. Co można zrobić? Przeszłość jest przeszłością, można o tym dyskutować. Oczywiście rozsądnie byłoby wyeliminować terminy już nabyte i o znanym znaczeniu. Co jednak zrobić z teraźniejszością? Dlaczego „touchscreen”, proponowany (lub narzucony?) przez uporczywe kampanie medialne i recytowany jak mantra nowoczesności, nie może być nazwany jaśniej „schermo tattile” (ekran dotykowy)? A co ze znanym „social network”, przetłumaczonym na prawie wszystkie języki europejskie? Facebook przybywa na ratunek, wyjaśniając, że to „piattaforma sociale” albo „piattaforma Web”, w celu wsparcia (realnych) „reti sociali” - sieci społecznych.

Instytut nie ma dziś żadnego realnego wpływu na kształtowanie języka włoskiego.

Nikt nie chce narzucać tutaj użycia purystycznego języka włoskiego, pozbawionego „obcych barbarzyństw", ponieważ wymiana między językami jest naturalnym następstwem globalizacji. Wydaje się jednak absurdalnym, aby popierać tę „wykształconą ignorancję", która zaraziła wielu Włochów, prowadząc ich do wywyższania się i wypełniania ich konwersacji terminami zapożyczonymi z języków, których często nie znają. Bez wymagań zmian przeszłości, ale pozostając w teraźniejszości, wystarczyłoby rozejrzeć się wokół siebie, aby zdać sobie sprawę, że globalizacja języków, rozumiana jako nieuniknione i kompletne anglicyzowanie, któremu nie ma sensu się sprzeciwiać. To bajka, w którą wierzą tylko Włosi.

Fot.: (cc) Thomas Hawk/flickr