Społeczeństwo

Kampania wyborcza, kampania świąteczna: kto pociąga za sznurki?

Artykuł opublikowany 9 grudnia 2011
Artykuł opublikowany 9 grudnia 2011
Co będzie z euro, państwem dobrobytu, naszą przyszłością? Qué será, será…? Będzie to, co narzuci nam rynek. Czy pogodzimy się z rolą przeciętnych obywateli, którzy oddają swój głos wyborczy w biegu między jednymi a drugimi przedświątecznymi zakupami ? Nie dajmy się omamić kampaniom świątecznym! Bądźmy obywatelami zbuntowanymi! Zdemaskujmy handlowców ciągnących zysk z tego spekulatywnego kryzysu.

W Hiszpanii, po istnym bombardowaniu, jakie dla naszych zmęczonych oczu, spracowanych umysłów i dobrej woli stanowiła kampania poprzedzająca wybory do Parlamentu z 20 listopada, nadchodzi (niczym nieunikniony pocisk) kolejna kampania - nie mniej wyczerpująca i niespokojna - kampania bożonarodzeniowa.

Kampania kampanii nierówna

reactivar la eocnomía"Kampania bożonarodzeniowa dopiero co ruszyła. W Madrycie, szczycącym się swoimi LED-owymi światełkami o niskim zużyciu energii oraz dekoracjami miejskimi z poprzednich lat, kampania przedświąteczna używa tych samych sloganów co klasa polityczna podczas kampanii wyborczych: „Przyłącz się, zjednocz się, kup coś, obojętnie co, ale kup coś.” Nadejściu chrześcijańskiej uroczystości,bez  przerwy towarzyszy następująca „mantra”: praca, turrón (przyp. tłum. hiszpański rodzaj słodyczy świątecznych) i iPad dla każdego. Nic dziwnego, że bez problemu możemy zauważyć, że obydwie kampanie - ta wyborcza, jak i bożonarodzeniowa - mają ten sam cel: reaktywować gospodarkę - synonim radości i uciechy XXI wieku i w tenże sposób zadowolić handlowców - władzę faktyczną i niezaprzeczalną. Ich dodatkowym, niezdeklarowanym celem (niczym pseudo-produkt z „retrosmakiem” spalenizny) jest przekonać nas, abyśmy poczuli się przeciętnymi pionkami na szachownicy światowej gry.

Głosuj, kupuj, obserwuj

Jesteśmy wyborcami, jesteśmy konsumentami. Jesteśmy obywatelami z prawem do głosowania, prawem pracy, konsumentami dzierżącymi władzę nabywczą...

Plakaty, światła, hasła i przynęty. Politycy, tak samo jak handlowcy, starają się robić wszystko by przyciągnąć naszą uwagę. Jesteśmy im potrzebni. Jesteśmy wyborcami, jesteśmy konsumentami. Jesteśmy obywatelami z prawem do głosowania, prawem pracy, konsumentami dzierżącymi władzę nabywczą i w zasadzie wszyscy już wiedzą, że to właśnie my - źle wychowani mieszkańcy pierwszego świata przyzwyczajeni do wygodnego życia, których państwo dobrobytu zbyt hojnie obdarowywało w ciągu ostatnich dekad – napędzamy całą tę machinę wyborczą. Sytuację pogorsza fakt, że mamy tendecję do paniki oraz, że obawiamy się utraty praw nabywczych w przypadku masowych protestów - takich jakie miały miejsce w Grecji czy Portugalii. Tak czy owak, będziemy niczym łatwa do zmanipulowania masa, ponieważ wciąż mamy nadzieję, że cięcia finansowe nas nie dotyczą.

Jesteśmy wyborcami, jesteśmy konsumentami.

W Hiszpanii, ostatnia propaganda wyborcza ukazująca się na niebieskich plakatami partii PP (Partido Popular) głosiła: „Przyłącz się do zmian”. Przyłącz się, zjednocz się, głosuj na nas, a raz dwa skończymy z kryzysem dzięki rządom twardej ręki. Myślimy, że głosujemy bo jesteśmy aktywnymi demokratami, bo wierzymy w to, że suwerenność narodowa tkwi w narodzie, który wybiera i kontroluje rządzących sprawujących władzę wraz z krajem i dla dobra kraju. Jednak zapominamy chyba o tym, że istnieją też państwa europejskie, które popadły w nieszczęście z powodu tej samej presji rynku. Tak, presja rynku to ten sam drapieżny potwór, który zachowuje się niczym Lewiatan spuszczony z kajdan i przybywający „na ratunek” Europy z rządzącymi technokratami za pan brat. 

Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych, centroprawicowej partii PP (Partido Popular) zaufało ponad 10,800,000 wyborców. Z pewnością żyli w nadziei, że obietnice kampanii wyborczej spełnią się jak najszybciej: praca dla wszystkich, uzdrowienie finansów publicznych, rewaloryzacja ojczyzny i jej długu publicznego. Cel ostateczny: przyciąć deficyt publiczny, zredukować składki ubezpieczeniowe, a na samym końcu – bezpardonowo wykorzenić rozrzutność państwa dobrobytu (oszczędzając przy tym wydatki na emerytury). Tak oto wygląda panorama ekonomiczno-finansowa na poziomie światowym. Nie ma się co łudzić, nawet przy modłach wznoszonych do bogów monoteistycznych, nie ma co liczyć na to, że problemy finansowe się rozwiążą.

Niech pozostali bogowie odsłonią twarz

Koniec końców, sposób w jaki wyjdziemy z obecnego kryzysu będzie całkowicie zależał od rynku, który robi wszystko by przedstawić nas – zwykłych obywateli - jako wszechmocnych, wszechobecnych i niewidzialnych niczym bogowie. Obserwacja takich zagrań grozi tym, że skonsumujemy samych siebie, no chyba że zapali nam się  jakieś niespodziewane światełko, które zaprowadzi nas do wyjścia (na dzień dzisiejszy przez nas niedostrzeganego z powodu kampanii, której bardziej czy mniej świadomie poświęcamy całą naszą uwagę). Podczas gdy rynek pragnie abyśmy wybierali rządy o tendencjach neoliberalnych, głosujemy na partie konserwatywne. Kiedy rynek chce poprawy sytuacji gospodarczej, niczym na rozkaz rzucamy się w wir bożonarodzeniowej konsumpcji. Jeśli zechcemy naraz odsłonić twarz rynku i zdemaskować winnych obecnego kryzysu, czy spełni się nasze życzenie?

Wszystko wskazuje na to, że trzeba by dogłębnie zbadać ten obszar, trzeba by pokazać ludzkie - choć obdarzone przymiotami boskimi - twarze rynku.  Europejczycy chcą przecież przekonać się,  że istnieją osoby, które wzbogacają się - zarówno pośrednio jak i bezpośrednio - za pomocą rozgrywek na szachownicy spekulacji finansowych - które zostały zresztą obmyślane przez nich samych. Można wątpić w istnienie bogów, można ich istnienie negować, ale nie negujmy faktu, że beneficjenci aktualnego kryzysu posiadają imiona i nazwiska. Czas odsłonić ich twarze. Kim są? Kto to taki? Quiénes serán, serán…?

Fot.: główna (cc) lomo-cam/flickr; tekst: © Cristina Mirinda.