Społeczeństwo

Marokańscy ultrasi: od kołyski aż po grób, jedno miasto, jeden klub

Artykuł opublikowany 30 czerwca 2014
Artykuł opublikowany 30 czerwca 2014

W Ca­sa­blan­ce toczą się w tym roku krawe walki po­mię­dzy ry­wa­li­zu­ją­cy­mi gru­pa­mi hu­li­ga­nów. Po spor­to­wych nie­po­wo­dze­niach prze­moc dotyka często również sportowców. Zapraszamy Was w podróż do świata, w któ­rym piłka nożna to temat śmier­tel­nie po­waż­ny.

Said, Hi­cham i Is­mail* nie znają się osobiście, ale moż­li­we, że kie­dyś się po­bi­li. To ul­trasi. „Mo­gli­by­śmy umrzeć za klub" - mówi Said z ka­mien­ną twarzą, oddzielając się od nas chmu­rą ha­szy­szo­we­go dymu. Nie uśmie­cha się dużo i to, co ucho­dzi za okle­pa­ny fra­zes, w jego ustach brzmi nie­po­ko­ją­co wia­ry­god­nie. Said jest człon­kiem ugru­po­wa­nia ul­tra­sów Black Army (Czar­na Armia) wspie­ra­ją­ce­go dru­ży­nę FAR Rabat (For­ces Armées Roy­ales Rabat). Hi­cham należy do Win­ners (Zwy­cięz­ców), ul­tra­sów dru­ży­ny Wydad Ca­sa­blan­ca, zaś Is­mail do Green Boys wspie­ra­ją­cych drugą najsilniejszą drużynę Ca­sa­blan­ki - Raję. Kluby, którym kibicują to rywalizująca między sobą marokańska elita piłki nożnej, co sprawia, że mężczyźni ci szczerze się nienawidzą.

Ara­be­ski na obi­ciach ścian za­ry­so­wu­ją się nie­wy­raź­nie, zbyt mało świa­tła do­cie­ra do naj­dal­sze­go kąta ka­wiar­ni w Ra­ba­cie. „Lu­dzie mają nas za zwie­rzę­ta" - mówi Said głęboko zaciągając się dymem. Sie­dzi przy sto­li­ku z in­ny­mi człon­ka­mi Black Army, około dwu­dzie­sto­pię­cio­let­ni­mi sil­ny­mi mężczyznami w dre­sach i cięż­ki­ch srebr­ny­ch bran­so­le­ta­ch. Wszyscy są bardzo scep­tycz­nie na­sta­wie­ni do dzien­ni­ka­rzy - zbyt czę­sto prasa prze­ka­zy­wa­ła błęd­ne in­for­ma­cje na ich temat, zbyt negatywny jest ich obraz w spo­łe­czeń­stwie.

Szaliki i Noże w butonierkach

W ostat­nich la­tach ma­ro­kań­scy ul­tra­si zaczęli być kojarzeni głównie z radykalną przemocą. Tra­gicz­ną sławę przy­niósł im „Czar­ny czwar­tek" - przed spo­tka­niem Raji Ca­sa­blan­ca i FARu Rabat w kwiet­niu 2013 roku setki ul­tra­sów i in­nych awan­tur­ni­ków spu­sto­szy­ło Ca­sa­blan­kę. Około rok temu w za­miesz­kach zgi­nął 21-let­ni Hamza Bak­ka­li, czło­nek Win­nersów. W marcu tego roku 150 ul­tra­sów uzbro­jo­nych w noże i pałki wtar­gnę­ło na te­re­ny tre­nin­go­we ich wła­snej dru­ży­ny gro­żąc za­wod­ni­kom i tre­ne­rom w ze­mście za rze­ko­mą ko­rup­cję i serię po­ra­żek.  Przy okzaji przetrząsnęli szat­nie w po­szu­ki­wa­niu cze­go­kol­wiek, co war­to­ścio­we.

Dzie­więt­na­sto­la­tek Hi­cham uczestniczył w tym wydrzeniu i szcze­rzy się fi­glar­nie, kiedy opo­wia­da o tam­tym dniu. Stoimy na jednym z płaskich dachów Casablanki, wokół peł­no jest sznur­ków do su­sze­nia bie­li­zny. Przed nami roz­cią­ga się widok na morze ta­le­rzy sa­te­li­tar­nych. Na jed­nej z dal­szych ścian wid­nie­je od­pa­da­ją­ce du­ży­mi pła­ta­mi graf­fi­ti „Win­ners". Dla Hi­chama akcja z kwietnia 2013 roku była uza­sad­nio­na. „W końcu wy­gra­li!" - tłumaczy. Prze­cież cho­dzi­ło tylko o dobro klubu.

Isma­il mógłby się z nim zgodzić. Prze­chy­la głowę, za­ci­ska oczy, uchy­la się przed dymem ze swo­je­go pa­pie­ro­sa i za­pew­nia, że wspie­ra­nie klubu to w życiu kibica sprawa najwyższej rangi. Mój rozmówca ma już 38 lat, jest wy­so­ki i chudy. Dzie­wię­ciu młod­szych człon­ków Green Boys sie­dzi obok niego w skrom­nie urzą­dzo­nej ka­wiar­ni z bia­ły­mi ka­fla­mi, nie­da­le­ko dachu Hi­cha­ma. Z dumą po­ka­zu­ją mi na Youtu­be film­ki z cho­re­ogra­fią, przy­śpiew­ka­mi i ba­ne­ra­mi na try­bu­nach - to one oddają ducha ultrasów, prze­moc sama w sobie nie jest celem. Czar­ny czwar­tek widzą jako wiel­ką głu­po­tę mniej­szo­ści - sami nie chcą być uzna­wa­ni za hu­li­ga­nów. Żądają sza­cun­ku od in­nych ul­tra­sów, kiedy jednak go nie doświadczają, nie lekceważą skuteczności oka­zjo­nal­nej prze­mo­cy.

Bon­bons Sau­va­ges: wście­kłość za­miast bólu

Choć nie dla wszyst­kich prze­moc jest czę­ścią człon­kow­skiej man­try ul­tra­sów, wielu nadal się do niej ucieka. Nie­któ­rzy z nich mają bli­zny na twa­rzach i ledwo mogą zli­czyć swoje ob­ra­że­nia, nie wspominając nawet o bójkach, w któ­rych brali udział. Karim, ma­syw­ny czło­nek Black Army, cudem unik­nął śmier­ci kiedy po meczu w 2005 roku sko­pa­no go, po­bi­to i zadano kilka ciosów nożem w plecy.

Bon­bons sau­va­ges" (dzi­kie cu­kier­ki) - tak Hi­cham na­zy­wa ta­blet­ki, które bie­rze przed każdą wi­zy­tą na sta­dio­nie. Ich główny składnik - ben­zo­dia­ze­pi­na - za­stę­pu­je ból wście­kło­ścią. Rów­nież on pod­kre­śla, że klub to cen­tral­na część jego życia. Lubi słu­chać swojego głosu, kiedy mówi: „nie oka­zu­je­my li­to­ści na polu bitwy". Delektuje się opowieścią jak jeden z Green Boys ob­ciął pod­bró­dek człon­ko­wi Win­ners, po czym ze stra­chu uciekł do Se­ne­ga­lu. Przy okazji za­pew­nia, że bez skru­pu­łów za­bił­by jed­ne­go z ul­tra­sów ze sto­li­cy. Sro­gie za­pew­nie­nia bardzo kontrastują z jego mło­dym wy­glą­dem i bez­tro­ska zbywana śmiechem, z którą to wszyst­ko opo­wia­da, po­zo­sta­wia nie­przy­jem­ne uczu­cie.

Sa­mo­wol­ka i bru­tal­ność

Po­mi­mo prze­mo­cy, od której nie stronią, ul­tra­si uwa­ża­ją, że nie­słusz­nie oczer­nia się ich w mediach. Ich zdaniem nie zagrażają bez­pie­czeń­stwu obywateli. W stycz­niu 2011 roku w Maroku przy­ję­to usta­wę prze­ciw prze­mo­cy na sta­dio­nach. Ustawa ta ogra­ni­cza wol­ność kibiców do gro­ma­dze­nia się i uła­twia gromadzenie ich da­nych oso­bo­wych. Jej zadaniem jest jednak przede wszyst­kim uła­twianie aresz­to­wa­nia ul­tra­sów. Hi­cham, Said i Is­mail za­rzu­ca­ją po­li­cji to samo: sa­mo­wo­lę i bru­tal­ność, fakt, że biją na chy­bił tra­fił i trzy­ma­ją ty­go­dnia­mi w aresz­cie.

Po­mi­mo, że ultrasom po­do­ba się rola bun­tow­ni­ków, ugru­po­wa­niom tego typu cięż­ko przy­pi­sać wy­miar po­li­tycz­ny. Py­ta­nia o pro­te­sty po­li­tycz­ne z po­cząt­ku 2011 roku nie wywołują w moich rozmówcach ni­cze­go poza obo­jęt­no­ścią.­ „Dzia­ła­nia rządu mnie nie do­ty­czą" - mówi Hi­cham. Cho­ciaż ogólnie czują się dyskryminowani jako ul­tra­si, to wielu z nich jest za­do­wo­lo­nych z obec­nej sy­tu­acji po­li­tycz­nej w Ma­ro­ku. Ul­tra­si nie są fe­no­me­nem niż­szych warstw spo­łecz­nych, po­cho­dzą pra­wie ze wszyst­kich jej grup. Said jest bez­ro­bot­ny, Hi­cham będzie niedługo zdawał ma­tu­rę, a Isma­il zajmuje się poszukiwaniem ple­ne­rów do fil­mów. Wielu in­nych ultrasów stu­diu­je albo ma stałą pracę.

Jed­nak pomimo wszelkich różnic między nimi i odcieni nienawiści, które nawzajem do siebie żywią, wszystkich łączy duma z ultrasowego stylu życia. Po­mię­dzy sta­dio­nem i bójkami zna­leź­li swoją niszę, w któ­rej mogą wy­ra­żać i okre­ślać sie­bie poza spo­łecz­ny­mi kon­wen­cja­mi. Są wśród nich tacy, którzy od­da­li­by życie za swój klub, ale wszy­scy żyją dla tej niszy. „Je­ste­śmy peł­no­eta­to­wy­mi ul­tra­sa­mi“ - mówi Said. W tym momencie pierw­szy raz tego wie­czo­ru na jego za­chmu­rzo­nej twa­rzy po­ja­wia się uśmiech.

*Wszyst­kie imio­na zo­sta­ły zmie­nio­ne

Ten ar­ty­kuł po­wstał w ra­mach pro­jek­tu "Eu­ro­med Re­por­ter" Ca­sa­blan­ka we współ­pra­cy mię­dzy  Café Babel i fun­da­cją Anny Lindh.