Społeczeństwo

Mniejszość romska w Belgradzie: życie w metalowych kontenerach

Artykuł opublikowany 14 czerwca 2012
Artykuł opublikowany 14 czerwca 2012
Ignorowani i obrażani. Liczni, ale bezsilni. Romska mniejszość w Belgradzie żyje na marginesie społeczeństwa, układając sobie życie z ludzkich odpadków. Te duchy serbskiej stolicy zostały przesiedlone z brzegów rzeki Sava, niedaleko luksusowej dzielnicy hotelowej Nowy Belgrad, na obrzeża miasta, do konstrukcji przypominających kontenery. Wkrótce mogą zniknąć całkowicie.

Rifat uśmiecha się i rozkłada ramiona: „Witamy w zoo!”. Promienie popołudniowego słońca częściowo załamuje parasol umocowany na plastikowym stole, przy którym siedzimy. Ludzie dzielą się lemoniadą i papierosami, ale nie jest to piknik. Zaledwie kilka tygodni temu władze miasta podjęły kontrowersyjną decyzję o eksmisji Rifata i setki jemu podobnych z Belville, największego nieformalnego romskiego osiedla w Belgradzie. Był to dom dla ponad 1000 osób. Osiedle mieściło się na terenie, gdzie planowany jest przebieg drogi dojazdowej do mostu budowanego na rzece Sava. Ich nowy dom jest tutaj – w Jabucki Rit13 km od miasta, w środku wiejskiego krajobrazu, gdzie panuje głucha cisza i nie ma ani wieżowców, ani widoków na pracę.

To co zostało

„Mobilne domy”?

Władze miasta zapewniły Romom „mobilne domy”. Można je równie dobrze nazwać „metalowymi kontenerami”. Mają około 6m2, mniej przestrzeni niż przeciętna cela więzienna, natomiast zazwyczaj muszą pomieścić dużą rodzinę. Dotykanie wnętrza kontenera to jak dotykanie czajnika z dopiero co zagotowaną wodą. Kilka dni temu telewizor należący do starszego mężczyzny wybuchł z powodu gorąca. Przechodząc przez metalowe Stonehenge dostrzegam ścianę „mobilnego domu” pochlapaną biała farbą. Envar wyjaśnia mi, że rano 1 maja, grupa zamaskowanych, uzbrojonych w kije baseballowe młodych ludzi, wtargnęła do osady i pokryła kontenery rasistowskimi hasłami i swastykami. „Niektórzy z nas ich widzieli, ale nie zbliżaliśmy się i nie próbowaliśmy stanąć twarzą w twarz. Gdybyśmy próbowali stawiać opór, następnego dnia całe miasto przyszłoby nas zabić”.

Pomimo tego, że kontenery spełniają podstawowe wymagania sanitarne, egzystencja mieszkańców osiedla jest nieludzka. Jedna z kobiet w ciąży odbyła trzydziestokilometrową podróż do wioski, w której organizacja non-profit zapewniała jedzenie. „Autobus się zepsuł, więc podróż zajęła cały dzień” mówi. „ Nie możemy tutaj pracować, wiec mamy jeść trawę?”. Kontenery są częścią zawiłej umowy, która przewiduje eksmisję w przypadku niespełnienia licznych warunków. Jednym z nich jest obowiązek posyłania dzieci do szkoły, chociaż z powodu braku transportu jest to bardzo utrudnione. W mieście wielu Romów zarabia zbierając i sprzedając papier i złom, ale w odległym Jabucki Rit jest to niemożliwe. To dlatego wśród nastrojów dominują odrętwienie i zniechęcenie.

Niewidzialni w świetle prawa

Sprawy mogłyby wyglądać gorzej. Tak jak w przypadku innych Romów, którzy zostali wysłani do Dren, 20 km od Belgradu. Podobieństwo nazwy do słowa drenować wydaje się być jak najbardziej odpowiednie, Johana Vukovic z regionalnego centrum ds. praw mniejszości mówi: „Właściwie osiedle zostało zbudowane na bagnach. Ostatnio zostało zaatakowane przez żaby! Ludzie nie mogą spać z powodu hałasu". Komiczna z pozoru sytuacja ma słodk0-gorzki smak. „Izolowanie Romów w kontenerowych osiedlach z dala od centrum prowadzi do zwiększenia ich zależności od pomocy społecznej i uczynienia ich pasywnymi”. Slavica Denic, minister ds. praw człowieka i mniejszości oświadczyła ostatnio, iż „sytuacja Romów w Serbii, dzięki integracji ze społeczeństwem, znacząco się polepszyła w ciągu ostatnich dziesięciu lat”. Danilo Curcic z Praxis ripostuje „Niemcy w 1957 mogli mówić, że sprawy wyglądają lepiej niż dziesięć lat temu, ale to nadal nie rozwiązywało źródła problemu. Romowie w Belgradzie są pod względem prawnym niewidzialni. Czas eksmisji zbiegł się ze strajkiem w ośrodku pomocy społecznej, więc przebiegała ona bez należytego monitoringu”.

Siedzimy daleko od Jabucki Rit i Dren, w pełnym książek gabinecie, mieszczącym się w przestronnym domu Dragoljuba Ackovica, dyrektora romskiego muzeum w Belgradzie. Czarna, onyksowa rzeźba stoi na brzegu jego biurka - „pamiątka z Afryki Południowej”. Muzeum zostało założone w 2009 roku, w atmosferze pozytywnego medialnego klimatu, ale od tego czasu idea została wielokrotnie zdradzana i muzeum boryka się z brakiem wystarczających funduszy. „To jest niekończąca się walka z lokalnymi władzami” mówi Ackovic. „Ostatnio przechodziłem atak serca i jestem pewien, że był spowodowany stresem”. Wygląda na to, że wiele spraw dotykających Romów jest skutkiem braku politycznego zaangażowania i politycznej reprezentacji. Dragoljub funduje nam mowę połączoną z oskarżeniami wobec politycznych przeciwników i listą historycznych postaci posiadających ukryte romskie pochodzenie (rzekomo William Szekspir i Bill Clinton). „Istnieje możliwość, aby biedni Romowie współżyli z obywatelami Belgradu, ale transformacja z socjalizmu do kapitalizmu spowodowała, że niektórym, w obliczu konkurencji z zewnątrz, bardzo trudno jest sprzedawać ich tradycyjne produkty. Wielu ludzi pracuje w firmach utylizujących śmieci, recyklingu lub po prostu żebrze na ulicy. Zaproponowałem stworzenie związku zawodowego śmieciarzy, ale do tej pory miasto nie poszło za moją radą”. Na koniec naszego wywiadu dostaję ciężką książkę jego autorstwa, dotyczącą historii i kultury Romów w Belgradzie. Otwieram na stronie ze zdaniem „...kiedy cały naród popada w biedę, pierwsze ciosy dotykają tych, którzy żyją na jego marginesie”.

Wzgórza Belville

Tymczasem w Belville, które leży w szybko rozwijającej się betonowej dżungli Nowego Belgradu, ludzie faktycznie żyją na marginesie społeczeństwa i mają niepochlebne zdanie temat znanych Romów, takich jak Dragoljub. „Ludzie jego pokroju występują w imieniu Romów tylko wówczas, gdy uważają, że mogą na tym zarobić” mówi Borka, jedna z niewielu mieszkańców, którzy pozostali na nieformalnym osiedlu. „Wykorzystują nas do celów politycznych i finansowych. Jeżeli mu na nas zależy to dlaczego ani razu nie odwiedził Belville?” Słowa Borka są zagłuszane przez odgłos przejeżdżających pociągów, ale ona cała trzęsie się ze złości. „Nigdy nie zamieszkam w kontenerze. Jeżeli będą próbowali mnie zmusić, pozwę miasto. Albo przeniosę się do Belgii”.

Opuszczam osiedle, przez nieużytki brnę z powrotem do głównej drogi i natrafiam na coś, co przypomina opuszczony plan filmowy. Przez płot mogę dostrzec duży plac ze starym tramwajem, klasycznym autem, a wszystko to otacza scenografia z namalowanymi budynkami, jednym z nich jest Hotel Moskwa. To replika placu Terazije z lat trzydziestych. „Stary Belgrad w Nowym Belgradzie” – taka jest wymowa. Patrząc na ruiny Belville wydaje się, że miasto szczycące się dawną chwałą, ale zaniedbujące obecne realia będzie zawsze nawiedzane przez duchy.

Artykuł powstał w ramach jednego z projektów cafebabel.com - Orient Express Reporter II - zrealizowanych na Bałkanach w okresie 2011-2012, dzięki finansowemu wsparciu Komisji Europejskiej i Fundacji Allianz Kulturstiftung.

Fot.: główna, (cc) Mathieu Péborde/flickr; tekst, ©Andrew Connelly.