Społeczeństwo

NIELEGALNI IMIGRANCI W PARYŻU - Inaczej niż w raju

Artykuł opublikowany 25 lipca 2014
Artykuł opublikowany 25 lipca 2014

Przez wielu imi­gran­tów Paryż jest po­strze­ga­ny jako kra­ina mle­kiem i mio­dem pły­ną­ca. Imi­gran­ci z Ma­ro­ka i Tu­ne­zji od­by­wa­ją długą i wy­czer­pu­ją­cą po­dróż z na­dzie­ją na znajlezienie lep­szej przy­szłości w stolicy Francji. Ale jaka rze­czy­wi­stość tak naprawdę czeka tych przy­by­wa­jących bez do­ku­men­tów, pracy i od­po­wied­nie­go wspar­cia imigrantów?

Mno­gość róż­no­rod­nych twa­rzy, które wi­dzisz w pa­ry­skim me­trze, spra­wia, że czu­jesz się jak na mul­ti­kul­tu­ro­wej ka­ru­ze­li. Fran­cu­zi, Afry­ka­nie, Arabowie, Hin­du­si, Azja­ci - różne ję­zy­ki i różne śro­do­wi­ska - zwy­kła prze­jażdż­ka me­trem jest w Pa­ry­żu jak ska­ka­nie po ka­na­łach te­le­wi­zyj­nych. Fran­cja jest nie­za­prze­czal­nie jed­nym z naj­więk­szych wie­lo­kul­tu­ro­wych tygli świa­ta.

Fran­cja już nie jest miej­scem dla Fran­cu­zów" - mówi pewna Fran­cuz­ka, matka dwu­let­niej czar­no­wło­sej dziew­czyn­ki. „To my je­ste­śmy mniej­szo­ścią w tym kraju". Nie­któ­rzy Fran­cu­zi uwa­ża­ją, że tracą swoją toż­sa­mość z po­wo­du dużej ilo­ści na­pły­wa­ją­cych imi­gran­tów, zwłasz­cza Ara­bów.

Jesteśmy na szczy­cie wzgó­rza Mont­mar­tre z 27-let­nim Al­gier­czy­kiem. Arbi opo­wia­da mi o swoim przy­jeź­dzie do Fran­cji. „My­śla­łem, że znaj­dę tu raj. U nas o Fran­cji mówi się tak, jak o Ziemi Obie­ca­nej, jak o kraju ma­rzeń. Rze­czy­wi­stość nie­ste­ty oka­za­ła się kosz­ma­rem". Arbi pra­cu­je obecnie jako ochro­niarz w skle­pie na Po­lach Eli­zej­skich. „Przy­je­cha­łem tu, kiedy mia­łem 22 lata. Wcze­śnie po­rzu­ci­łem szko­łę, żeby za­ro­bić na chleb dla mojej ro­dzi­ny - mojej ma­mu­si i dzie­wię­ciu sióstr. Za­ra­bia­łem 20 di­na­rów al­gier­skich na dzień (nie­ca­łe 8 zło­tych) i to nie wy­star­cza­ło”. Z uśmie­chem na twa­rzy Arbi opo­wia­da mi o jego fran­cu­skiej dziew­czy­nie: „ona jest je­dy­ną osobą, która po­zna­ła praw­dę o mnie i po­ko­cha­ła mnie takim, jakim je­stem. Moje ma­rze­nia to także jej ma­rze­nia i to wła­śnie ko­cham w niej naj­bar­dziej”. W 2001 roku Arbi został uka­ra­ny za jazdę sa­mo­cho­dem pod wpły­wem al­ko­ho­lu i ob­ra­zę po­li­cjan­ta. Te wy­da­rze­nie spo­wo­do­wa­ły, że nie­le­gal­nie uciekł do Hisz­pa­nii, a potem do Fran­cji. „Teraz wszyst­ko robię le­gal­nie, ale chcę wró­cić do mojej Al­gie­rii" - do­da­je. „Ko­cham Fran­cję, ale to nie jest moje miej­sce. To nie ja spo­wo­do­wa­łem, że się teraz tu znaj­du­je, to oko­licz­no­ści do tego do­pro­wa­dzi­ły” - tłumaczy.

W tu­ne­zyj­skiej re­stau­ra­cji spo­ty­kam się z  Na­de­rem, 18-lat­kiem z Ma­ro­ka. Nader przy­je­chał do Fran­cji czte­ry mie­sią­ce temu ze swoim 20-let­nim przy­ja­cie­lem. Od tamtego czasu sta­ra­ją uło­żyć sobie życie w „kraju ma­rzeń". „Mój przy­ja­ciel i ja cią­gle się prze­miesz­cza­my” - mówi Nader, pa­trząc na zdję­cie swo­jej mamy. „Je­ste­śmy jak cień, go­niąc wszę­dzie, ro­biąc wszyst­ko, pró­bu­jąc prze­żyć. Tak tutaj robią wszy­scy Ara­bo­wie. Ci z do­ku­men­ta­mi i bez nich, wszy­scy" -mówi. Nader i inni mło­dzi Ma­ro­kań­czy­cy prze­do­sta­li się nie­le­gal­nie do Hisz­pa­ni przez Morze Śró­dziem­ne, a potem do Fran­cji i in­nych kra­jów eu­ro­pej­skich. „Za­pła­ci­li­śmy ponad 1 000 do­la­rów za tę krót­ką i nie­bez­piecz­ną prze­pra­wę przez Cie­śni­nę Gi­bral­tar­ską" - wspomina. Łódź, na któ­rej, we­dług Na­de­ra, znaj­do­wa­ło się ponad 40 osób, za­to­nę­ła nie­da­le­ko Cie­śni­ny. Nie­któ­rym udało się do­pły­nąć do brze­gu, inni uto­nę­li, o resz­cie nadal nie ma żad­nych in­for­ma­cji.

Po przybyciu do stolicy dni Nadera upływały na włó­czędze po uli­cach. Pew­ne­go dnia nie­zna­jo­my Tu­ne­zyj­czyk ugo­ścił go u sie­bie i za­ofe­ro­wał pracę w swo­jej re­stau­ra­cji. Wła­ści­ciel wie­dział, że Nader nie ma żad­nych pa­pie­rów i je­że­li wła­dze fran­cu­skie do­wie­dzia­ły­by się o tym, praw­do­po­dob­nie mu­siał­by za­mknąć re­stau­ra­cję. „Odkąd tu przy­je­cha­łem nie wiem, co zna­czy po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, ale Abdel Majid, mój szef, trak­tu­je mnie jak syna. Nie wy­da­je mi się, że wiele osią­gnę po­zo­sta­jąc we Fran­cji - to nie jest życie, jakie sobie wy­obra­ża­łem" - mówi. Matka Na­de­ra zaj­mu­je się domem, a oj­ciec zmarł na raka trzy lata temu. Nader szu­kał pracy przez ponad rok. podobnie jego matka - żad­ne­mu z nich nie do­pi­sy­wa­ło jednak szczę­ście. Przed śmier­cią ojca ro­dzi­na Na­de­ra wio­dła spo­koj­ne i przy­jem­ne życie, jednak 24 mie­sią­ce bez żad­nych do­cho­dów oka­za­ło się dla nich bar­dzo wy­nisz­cza­ją­ce. Zde­spe­ro­wa­ny chło­pak pod­jął de­cy­zję o nie­le­gal­nym wy­jeź­dzie do Fran­cji. Teraz ocie­ra łzy, wzdy­cha głę­bo­ko i mówi: „Lu­dzie mówią, że za­wsze jest ja­kieś wyj­ście” - jego głos się za­ła­mu­je - „ale ja nie mogę zna­leźć żad­ne­go".

Wielu Ara­bów, któ­rzy przy­je­cha­li do Fran­cji, po­zo­sta­je tu już na zawsze. Nie­zdol­ni do pracy, szu­ka­ją po­mo­cy z zasiłków, chcą wró­cić do swo­jej oj­czy­zny. Dla nie­któ­rych z nich eu­ro­pej­skie plany po pro­stu się nie po­wio­dły. Wra­ca­ją znie­chę­ce­ni i za­ła­ma­ni. Roz­ma­wiam z Sa­be­rem, 35-let­nim pół Fran­cu­zem, pół Tu­ne­zyj­czy­kiem. Nie­le­gal­nie przy­je­chał do Fran­cji w 2000 roku. „W 1998 opu­ści­łem Tu­ne­zję i uda­łem się na Lam­pe­du­zę. Moim pierw­szym celem były Wło­chy. Mia­łem za­miar zo­stać tam dłu­żej, więc jak więk­szość nie­le­gal­nych imi­gran­tów za­ją­łem się sprze­da­żą nar­ko­ty­ków. Po kilku mie­sią­cach po­sta­no­wi­łem z tym skoń­czyć. Prze­cież nie to chcia­łem robić w życiu! Wy­je­cha­łem wtedy do Fran­cji i spo­tka­łem tam moją żonę Ra­dhię, 34-let­nią Al­gier­kę” - wspomina. Teraz Saber prze­by­wa we Fran­cji le­gal­nie - do­stał oby­wa­tel­stwo dwa lata temu. „Oby­wa­tel­stwo daje mi prawa, ja­kich nigdy nie do­świad­cza­ją imi­gran­ci. Mam też dobrą pracę. Jest to dla mnie szcze­gól­nie ważne teraz, kiedy mam dwój­kę dzie­ci - Mo­ha­me­da i Fer­daws'a” - mówi.

ten artykuł jest częścią specjalnego cyklu artykułów cafebabel, który powstał w ramach projektu „euromed reporter", prowadzonego we współpracy z i-watch, search for common ground i przy wsparciu fundacji anny lindh.