Społeczeństwo

Niemieccy turyści w Szkocji: whisky na lotnisku i haggis na śniadanie

Artykuł opublikowany 7 września 2011
Artykuł opublikowany 7 września 2011
Niemieccy wczasowicze odwiedzają Szkocję z rozmaitych powodów: po łyk (lub kilka) „wody życia”, w poszukiwaniu zatartych śladów historii i tajemniczych zamków, bądź po prostu z uwagi na fakt, że loty na Islandię są zbyt kosztowne. Niezależnie od motywacji, wizyta obywatela Niemiec w Kaledonii często wiąże się z kilkoma głównymi doświadczeniami kulinarnymi.
Oto przemyślenia szkockiego przewodnika wycieczek.

Po roku wspólnego mieszkania z niemieckimi studentami w Edynburgu, wydawało mi się, że niemiecko-szkockie różnice kulinarno-kulturowe mam nieźle opanowane. Widziałam już lodówkę wypełnioną produktami z Lidla, cierpliwie (i wielokrotnie) wyjaśniałam, co w Szkocji można, a czego nie można (zwłaszcza, czego nie można) poddać recyklingowi i współczułam w kwestii ceny piwa w Wielkiej Brytanii (w Niemczech jest o około połowę niższa). Byłam pewna, że po tym wszystkim niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć podczas pierwszego lata pracy w charakterze przewodnika dla niemieckich turystów. Czas zweryfikować tę opinię.

Komu whisky?

Po przylocie z Frankfurtu do zimnej i mokrej stolicy Szkocji, oprowadzana przeze mnie grupa niemieckich turystów w średnim wieku była rozczarowana. Obiecano im bowiem, czego nie byłam świadoma, powitalny kieliszeczek dobrego szkockiego malta (rodzaj szkockiej jęczmiennej whisky) na lotnisku. Kłopotliwa sytuacja: utrzymanie równowagi z walizką i powitalnym transparentem jest wystarczająco trudne samo w sobie, bez dodatkowej butelki alkoholu i tuzina kieliszków, nie wspominając o tym, że rozlewanie alkoholu na lotnisku byłoby absolutnie nielegalne.

Dopiero w połowie pracy z moją pierwszą grupą zaczęłam rozumieć ich wizję pobytu w Szkocji. Whisky, napój którego spróbowałam może raz w życiu i od którego wszyscy szkoccy studenci wybraliby wódkę, jest nieodłącznym elementem obrazu Szkocji widzianego niemieckimi oczami. Pewnego popołudnia, po szczególnie ciężkim posiłku turyści wyciągnęli whisky jako szkocki lek na niestrawność, innym razem wychwalali ją jako przynoszącą ulgę na bóle gardła i głowy. Niektórzy (głównie mężczyźni) okazali się koneserami. Chwalą się potężnymi kolekcjami przechowywanymi w domach i sukcesywnie poszerzają moją dopiero nabywaną wiedzę w temacie. Z radością opróżniają kieliszki nawet wówczas, gdy zapach (czy też „bukiet”) odrzuca całą resztę grupy na drugą stronę stołu. Nawet turyści nieszczególnie gustujący w celtyckiej „wodzie życia” odkładają obiekcje w tym względzie na tydzień pobytu w Szkocji. Gdy jesteś w Rzymie, czyń jak Rzymianie; gdy jesteś w Szkocji natomiast, ignoruj piwo, które żłopią miejscowi (życzy ktoś sobie Belhaven Best?) i przerzuć się na whisky.

O ile szkockie napoje są powszechnie znane, o tyle nasze jedzenie cieszy się złą sławą. Wieczorne posiłki w Pitlochry, zwanym „hotelem Szkocji” (jakbyśmy mieli tylko jeden) przerywane są zwykle okrzykami zdziwienia: „Właściwie to jest całkiem niezłe! Można byłoby nieco doprawić, ale ogólnie nawet znośne”. Tylko najodważniejsi jednak decydują się na spróbowanie naszych narodowych przysmaków. Pewna kobieta, usłyszawszy, że kompletne szkockie śniadanie uwzględnia czarny pudding [rodzaj kaszanki, przyp. tłum.] lub haggis [potrawa z podrobów, przyp. tłum.], stwierdziła, że nie jest w stanie i nie zamierza go jeść. Tego samego dnia w menu widniało pieczone jagnię, podawane z czarnym puddingiem. Kiedy kobieta zapytała męża, co napisano jako dodatek do jagnięciny, ten rzucił okiem na menu i mruknął: „Chyba ziemniaki…”. Podczas gdy często jestem zmuszona ukrywać irytację pogardliwym stosunkiem obcokrajowców do mojej rodzimej kuchni, zachowanie Niemców podczas śniadań po prostu mnie rozśmiesza. Mimo wszystko, przeciętny Niemiec jest w stanie wytrzymać jedynie trzy brytyjskie śniadania, złożone z tostów, płatków zbożowych i bekonu z jajkami, zanim zacznie przemycać do stołu plasterki sera i salami.

Fot. główne (cc) Frank Foehlinger/ Flickr; tekst (cc) Kirti Poddar/ Flickr