Społeczeństwo

Niewidzialne 30 tysięcy: Wietnamczycy w Warszawie

Artykuł opublikowany 5 września 2006
Artykuł opublikowany 5 września 2006
Tysiące Wietnamczyków, ofiar politycznych represji, opuszcza ojczyznę i szuka szczęścia, lub choćby jego namiastki za granicami kraju. Wielu z nich wybiera Polskę.

Ludzie, którzy nie mogli lub nie chcieli żyć systemie komunistycznym, dawni więźniowie obozów, szykanowani opozycjoniści, lub inteligenci nie zgadzający się z "jedynym słusznym punktem widzenia", uciekali głównie tutaj. Dziś inteligenci, profesorowie, pisarze, historycy, żyją dzięki pracy na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie.

"Tam gdzie mieszkają księżniczki"

Spotykam się z Robertem Krzysztoniem i Ton Van Anh, jedną z około 30 tysięcy (dokładna liczba nie jest znana) Wietnamczyków żyjących w Polsce. Aż trudno uwierzyć, że ta drobna 28-latka ma w sobie tyle siły do walki. Van Anh jest w zdecydowanej mniejszości tych, którzy są tu legalnie. Dzięki temu może wydajniej pomagać swoim rodakom. Niestety, większość z nich, zmuszona do ucieczki z gnębionego przez komunizm kraju, przekraczając polską "zieloną granicę" skazała się na niebyt. Bez papierów, bez opieki lekarskiej, praktycznie bez żadnych praw.

Van Anh przybyła do Polski 14 lat temu wraz z rodzina. Jej dziadek był zdeklarowanym komunistą, ojciec natomiast opozycjonistą, czyli wrogiem systemu i narodu. Jedynym rozwiązaniem patowej sytuacji był wyjazd. To, że ojciec dostał wizę było zaskoczeniem dla całej rodziny. Polska, wówczas kraj "Solidarności" i papieża, była dla nich ziemską arkadią. Van Anh ze śmiechem wspomina, jak dzieci podsłuchawszy rozmowy rodziców powtarzały je na podwórkach zmyślając drugie tyle: ta nasza, dziecięca Polska to był kraj z bajki, kraj w którym wszystko jest na wyciągnięcie ręki, "tam gdzie mieszkają księżniczki".

Warto zaznaczyć, że mówienie wówczas o Polsce było uznawane za działalność wywrotową. Potwierdza to Tran Ngoc Than, dziś przewodniczący Stowarzyszenia na rzecz Demokracji w Wietnamie i wydawca największego, wychodzącego na całym świecie miesięcznika wietnamskiego Dan Chim Viet: byłem w Polsce w latach 80. korespondentem jednej z wietnamskich gazet. Nieopatrznie napisałem przychylny artykuł o ruchu robotniczym, który strajkuje i walczy o wolność. Zostałem uznany za wroga narodu i zabroniono mi powrotu do kraju.

Cztery lata temu Than, już obywatel Polski, po wielu staraniach uzyskał wizę do Wietnamu i pojechał odwiedzić rodzinę. Po kilku dniach odwiedzili go funkcjonariusze bezpieki wraz z aktem oskarżenia o handel narkotykami i ludźmi. Z opałów uratowała mnie polska ambasada. Mniej szczęścia miał jego przyjaciel - opozycjonista i ksiądz - nie zdołał nawet opuścić lotniska w Hanoi, zmarł wskutek ran zadanych nożem przez "nieznanych sprawców".

Według danych Stowarzyszenia na rzecz Demokracji w Wietnamie wciąż przybywa więźniów politycznych, orzekane są wyroki dziesiątek lat wiezienia za takie "przestępstwa" jak przetłumaczenie na język wietnamski artykułu o tym, czym jest demokracja ze stron internetowych ambasady USA. (...) Według raportu USIM, podpisanego przez Aarona Cohena, Wietnam zajmuje pierwsze miejsce w regionie, jeżeli chodzi o handel kobietami i dziećmi. Dzieje się to przy, co najmniej, tolerancji ze strony reżimu.

Wszystko wskazuje na to, że na czele "ośmiornicy", żerującej na ludzkim cierpieniu stoją funkcjonariusze aparatu państwa, w szczególności aparatu przemocy.

Ziemia obiecana?

W kraju tak skorumpowanym jak Wietnam, wszystko da się załatwić, twierdzi pracownik Instytutu Paderewskiego, Robert Krzysztoń. Załatwienie wyjazdu to około 3 tys. dolarów, co dla Wietnamczyka zarabiającego 10-20 dolarów jest kwotą astronomiczną. Wyjeżdża się wiec "na kredyt". Droga w zależności od wielu czynników, może trwać kilka miesięcy, ale równie dobrze rok. Czasami, choć rzadko, udaje się całej, około sześćdzięsiecioosobowej grupie dotrzeć do celu. Częściej jednak padają ofiarami łapanek. Nic dziwnego, azjatycka kobieta to bardzo chodliwy towar, można za nią dostać od 3 do 6 tys. Euro. Dlatego powszechny jest proceder sprzedawania wietnamskich kobiet i dzieci jako niewolników seksualnych, zarówno do prostytucji jak i "prywatnego posiadania".

Co gorsza, handlarze idą z duchem czasu: 2 marca 2004 roku na stronie eBay wystawiono na aukcję trzy młode Wietnamki za cenę około pięciu i pół tysiąca dolarów.

To nie wszystko, podkreśla Krzysztoń. Cześć uchodźców podróżuje komfortowo, samolotami, nie wiedząc, że są tzw. "żywymi lodówkami", osobami których ostatnim życiowym zadaniem jest dowiezienie w nienaruszonym stanie na miejsce przeznaczenia, którym zazwyczaj są Niemcy lub Francja, swoich organów wewnętrznych. Na miejscu są zabijani, oczywiście tak, aby nie uszkodzić bezcennych serc i nerek.

Cześć dociera jednak do swojej nowej ojczyzny, ale to nie oznacza końca problemów. Zgodnie z polskim prawem, kto nielegalnie przekroczył granice, pozostaje "nielegalny". Ponieważ w Polsce obowiązuje prawo krwi, dzieci nielegalnych imigrantów, nawet urodzone już w Polsce, nie dostają obywatelstwa.

Uzyskać status uchodźcy też nie jest łatwo, poza tym, większość Wietnamczyków go nie chce. Zostaliby wtedy uznani za wrogów ojczyzny, co pociągnęłoby za sobą represje względem ich rodzin. Dlatego wolą pozostawać "na nielegalu".

To co? Wzywamy policję?

Tym samym stają się idealnym celem szantażu. Nie mając innego wyjścia muszą pracować na czarno. Wynajęcie kawałka chodnika na Stadionie kosztuje około 5 tysięcy złotych miesięcznie, to ponad połowa dochodów. Poza tym trzeba zapłacić haracz "ochronie" i policji oraz wynająć mieszkanie, zazwyczaj wspólnie z kilkunastoma innymi osobami, gdzie spanie odbywa się na zmianę, wylicza Robert Krzysztoń. Trzeba także liczyć się z tym, że podczas "odszczurzania", czyli nalotu na stadion, ulegnie konfiskacie lub zniszczeniu towar. Niestety, według relacji nieuczciwi policjanci lubią sobie "dorobić" kosztem Wietnamczyków.

Tak samo jak kontrolerzy: Wietnamczyk jadący autobusem nie może czuć się bezpiecznie. Kontrolerzy zwyczajnie odbierają im bilety i z ironicznym uśmiechem zadają pytanie: "To co? Wzywamy policję?" Wykupienie się często kosztuje więcej niż mandat za jazdę bez biletu, wyjaśnia Krzysztoń. W sumie to dobrze, że ani oni ani policjanci nie mają oporów moralnych przed wzięciem łapówki. Gdyby zamiast tego - tak jak powinni - aresztowali, mielibyśmy większy problem. Na szczęście są też inni ludzie. Teoretycznie lekarz powinien poinformować policję o pacjencie bez dokumentów. Nie zdarzyło się to nigdy.

Podczas naszej rozmowy co chwilę dzwoni telefon Van Anh. Trzeba odebrać, może ktoś potrzebuje pomocy przy wypełnianiu papierów, może ktoś rodzi, może kogoś zgarnęła policja. Codziennie koło nas toczy się życie dziesiątek tysięcy ludzi, którzy pozostają dla nas niewidzialni. Najwyższa pora dostrzec ich problemy.