Społeczeństwo

Poszukując pracy w Brukseli (nie tracąc zimnej krwi ani nadziei)

Artykuł opublikowany 7 lutego 2011
Artykuł opublikowany 7 lutego 2011
Anna jest absolwentką uniwersytetu, która rozpoczęła poszukiwania pracy w stolicy Europy. Pochodzi z Niemiec i chciałaby pozostać anonimowa - jako że stanowi jeden z przykładów całej generacji młodych Europejczyków.

Po studiach zaczęła szukać pracy – dokładnie tak samo jak tysiące innych absolwentów. Dobre wykształcenie i sympatyczny uśmiech dzisiaj nie są niczym szczególnym. Jedynie co pomaga przy znalezieniu pracy to dużo szczęścia i odpowiednia porcja witaminy B. Anna studiowała politologię, mówi płynnie po francusku, angielsku, niemiecku i hiszpańsku i łącznie na swoim koncie ma 7 odbytych praktyk. Poza tym potrafi bardzo dobrze pisać. To powinno wystarczyć, uważa. No więc rusza na poszukiwania pracy, i to w Brukseli.

Dlaczego Bruksela? Stolicę Unii Europejskiej Anna zna już ze swojej praktyki odbytej w Parlamencie Europejskim za czasów studiów. Ludzie, którzy tu pracują są młodzi i niezależni. To znaczy stanowią najlepszą „afterworkparty” - nieograniczone możliwości Erasmusa dla dorosłych. I pracują ciężko, dla idei europejskiej. Work hard, party hard. Dokładnie tego chce i Anna. 

Być jedną z „nich”

I nie jest jedyną, która tak myśli. Aby zdobyć pierwsze kontakty wybiera się na „Regularne spotkania niemieckich praktykantów i aplikantów”. Tutaj roi się od zrozpaczonych wykwalifikowanych absolwentów. Potem słyszy, że „the place to be” dla absolwentów poszukujących pracy to zrzeszenie „afterwork” na placu Luksemburskim, znajdujące się bezpośrednio przed Parlamentem Europejskim; spotkania do nawiązywania kontaktów, odbywają się zawsze w czwartki. 

„Praktykanci płci męskiej muszą mieć u nas średnio piątkę [..]. Dziewczyny muszą po prostu tylko dobrze się prezentować.

Wkrótce Anna ustala: Tutaj jest także „the place to be” dla libacji alkoholowych i okazyjnego seksu. Ale właściwie przydałoby się jeszcze znaleźć pracę. Uważa, że bycie bezrobotnym męczy. Już wypatrzyła małą czarną dziurę w swoim życiorysie. Jak ona dostanie tu pracę? Przypomniała sobie, czego się tutaj nauczyła, będąc na praktyce po studiach licencjackich. „Praktykanci płci męskiej muszą mieć u nas średnio piątkę, żeby się utrzymać. Dziewczyny muszą po prostu tylko dobrze się prezentować. Ciebie wzięliśmy, ponieważ miałaś dużo doświadczenia w redagowaniu tekstów”. 

Anna nie jest pewna, czy to był komplement. Ale teraz wie: dobrze wyglądać = dobre szanse na pracę. Brzmi podle. Jednak idealizmu nie da się zjeść. Więc robi sobie ładne zdjęcia do swojego CV. Idzie do małego ( i niestety obscenicznego) fotografa w centrum miasta. Bez konieczności wcześniejszego umawiania się na terminu i na dodatek jest podobno tanio. 280 euro? Totalny szok. Następnym razem poszuka trochę dłużej. Plan Anny, aby tutaj zarobić pieniądze, wydaje się być drogi. 

Z nowym zdjęciem Anna pisze cztery podania o pracę i czeka. Powoli wpada w rozpacz. Kto by ją tylko chciał zatrudnić? Stara się u jednej firmy zajmującej się rekrutacją, specjalizującej się w wielokulturowości i wielojęzyczności. Na tym się znam, myśli Anna. Po dwóch wywiadach telefonicznych zostaje zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Tutaj zostaje zapytana o motywację w zawodzie. „Chciałabym pracować z ludźmi”. Zła odpowiedź. Anna otrzymuje odmowę. Tutaj poszukuje się ludzi, którym chodzi o to, aby osiągać profity dla firmy. Więc prawidłowa odpowiedź powinna brzmieć: „Żądza pieniądza”. Potem Przedstawiciel regionu Hessen organizuje spotkanie „Get together” dla absolwentów w Brukseli. 

Politologów nie potrzebujemy 

Jest piwo i są precelki. Anna kieruje się od razu do obecnego tam sekretarza stanu. „Jakie są szanse dla takich ludzi jak ja?”, pyta. „Politologów nie potrzebujemy”, słyszy Anna. „To nie jest odpowiedni kierunek. Kto tu jako Politolog znalazł prace, ten albo ma uprzejmego tatę, albo także znajomości u uprzejmego posła, który mu pomógł”. Potem Anna rozmawia z małym krępym mężczyzną. Robert pracuje w Parlamencie Europejskim. Oni zawsze szukają praktykantów, mówi. Daje Annie swoją wizytówkę, powinna tam złożyć papiery. Trochę mu śmierdzi z ust, gdy je swoje ciastko; z brody zwisa mu całkiem dużo polewy czekoladowej. Anna przypuszcza, że mężczyzna nie ma zbyt wielu przyjaciół. Ale: kto może zlecać pracę, ten ma władzę w tym mieście. Ponieważ ona już niczego nie jest pewna, ogranicza swoje żądania: Jej mama zna kogoś, kto zna jakąś kobietę, której mąż jest lobbystą związku przemysłu stoczniowego. Na początku ma problemy, aby się zaznajomić z tym tematem. Mimo tego może przyjść na rozmowę kwalifikacyjną. „Odbyła Pani zbyt dużo praktyk, wydaje się pani nieco niestabilna”, słyszy. Dlatego powinna ona najpierw zrobić coś więcej. Przez 6 miesięcy, nieodpłatnie. „Potem zobaczymy co dalej”. 

Potem otrzymuje pozytywną odpowiedź. Teraz pracuje po 60 godzin tygodniowo, czwartkowe noce spędzając na „Afterworkparties

Po jakimś czasie Anna odkrywa mały konkurs, który został dobrze ukryty w internetowej wyszukiwarce pracy. Poszukiwana asystentka w parlamencie. Główne obowiązki: pisanie artykułów. Anna wysyła swoją aplikację, bez jakiejkolwiek nadziei, że się uda. Na rozmowie kwalifikacyjnej słyszy, że jest jedną z 35 starających się pracę. Anię ogarnia opanowanie znane tracącym nadzieję. Potem otrzymuje pozytywną odpowiedź. Teraz pracuje po 60 godzin tygodniowo, czwartkowe noce spędzając na „Afterworkparties”. Czy jest zadowolona, nie potrafi chwilowo odpowiedzieć na to pytanie. Anna należy teraz do nich. 

Dwa miesiące później dziewczyna dostaje wiadomość od Roberta. „Wierzymy, że Pani dzięki swoim kwalifikacjom otrzyma odpowiednią pracę. Z tego powodu, uważamy to za nieetyczne zatrudniać Panią jako praktykantkę. Przypadkowo natrafia Anna na Roberta także w Parlamencie. Ale Robert jej nie poznaje.

Fot. (cc)Lady/Bird/flickr