Społeczeństwo

Równoległe światy – chińska społeczność Budapesztu

Artykuł opublikowany 1 grudnia 2015
Artykuł opublikowany 1 grudnia 2015

Około sześć kilometrów na południowy wschód od siedziby węgierskiego parlamentu, nad brzegiem Dunaju, bije serce chińskiej mniejszości narodowej. Jest to miejsce unikatowe i zupełnie niepodobne do innych „Chinatowns” mieszczących się w innych dużych europejskich miastach.

W byłej fabryce lokomotyw, zbudowanej w XIX wieku przy ulicy Kőbányai, znajduje się ogromny targ z towarami importowanymi „made in China”.  Przez prawie dwadzieścia pięć lat, ta cześć Budapesztu odgrywała rolę centrum logistycznego dla chińskich artykułów przeznaczonych do dystrybucji na rynek europejski.

Kiedy wielki targ Czterech Tygrysów został zamknięty, większość straganów przeniosła się do wspomnianego kompleksu industrialnego, zaadoptowanego do nowych potrzeb. Kiedy przechodzimy w strugach deszczu na drugą stronę, Dr Saláty Gergely, profesor studiów orientalistycznych na węgierskim Uniwersytecie Katolickim, informuje mnie: „Na Węgrzech pokutuje nieprawidłowe przekonanie, wedle którego z Chin napływają do nas ludzie biedni. Jednak prawda jest taka, że to biznesmeni i kobiety stanowią największą grupę chińskich emigrantów”.

Towarzyszą nam Réka i Boglárka, dwie studentki trzeciego roku orientalistyki u Dr Saláty. Ich zdaniem integracja jest niewielka: „To bardzo hermetyczna społeczność i wydaje mi się, że ciężko się z nimi zapoznać. Jest to dużo prostsze w samych Chinach!”

Życie po Tian'anmenie

W ostatnim 25-leciu Chińczycy napływali do Budapesztu w kilku falach. Proces rozpoczął się w 1989 roku, kiedy rząd węgierski, chcąc poprawić relacje z państwem środka, zniósł obowiązek wizowy dla chiński imigrantów.

Dr Salát wyjaśnia: „Wydarzenia na Placu Niebiańskiego Spokoju (Tian'anmen), wywarły ogromny wpływ na Chiny i psychikę Chińczyków i to nie tylko uchodźców politycznych i studentów, ale również na drobnych przedsiębiorców, którzy zbili fortunę w latach 80. Latem 1989, po krwawych protestach na placu, chińscy biznesmeni zmierzyli się z dużą niepewnością i nie wiedzieli, czego się spodziewać. W tym burzliwym okresie inwestorzy znaleźli nadzieję w niewielkim państwie, jakim są Węgry – kraju, do którego nie była wymagana wiza i który posiadał niemal bezpośrednie połączenie z koleją transsyberyjską prowadzącą do Moskwy.

Był to okres pełen przemian nie tylko na placu Tiananmen, ale również na Węgrzech, gdzie upadł ustrój komunistyczny. W tym czasie 50 000 Chińczyków przybyło na Węgry przez Rosję, aby sprzedać swoje towary upakowane w pękate walizki. Potrzeba na dobra w korzystnych cenach była ogromna, szczególnie po upadku komunizmu, a sprowadzone z Zachodu produkty były zdecydowanie zbyt drogie.

Z czasem liczba chińskich imigrantów na Węgrzech zaczęła się zmieniać, zauważa Dr Salát: „Odnotowaliśmy ogromny popyt i podaż pomiędzy rokiem 1989 a 1992. Węgry były rajem dla chińskich biznesmenów, sprzedawali oni wszystko i zrobili wielkie fortuny. To był również szok dla Węgier, ponieważ po raz pierwszy zmierzyli się oni z napływem ludności spoza Europy. W 1992 roku rząd zdecydował się na wznowienie obowiązku wizowego”.

Z tego powodu wielu Chińczyków opuściło kraj dostrzegając możliwości w sąsiednich państwach lub też w kraju ojczystym. Szacuje się, że obecnie na Węgrzech pozostało pomiędzy 10 000 a 20 000 osób, jednak duże wahania uniemożliwiają podanie dokładnej liczby.

W odróżnieniu od innych europejskich „Chinatowns” budapesztańscy Chińczycy są rozproszeni po całej stolicy. Socjalizują się oni we własnych kręgach, większość konkuruje ze sobą w interesach i walka ta bywała często doprawdy zażarta.

„Targ jest obecnie bardzo bezpiecznym miejscem i między Węgrami i Chińczykami nie ma żadnych konfliktów. Jednak w latach 90. było trochę spięć w społeczności chińskiej, zwłaszcza z powodu mafii, albo triad, jak ich nie nazwać. Dr Salát kontynuuje: „Było nawet parę morderstw i bójek ulicznych, ale teraz, kiedy przestrzeń targowa jest przydzielona na stałe, nie mamy już problemów z przestępstwami ze strony Chińczyków. Mówiąc to, mam na myśli brak przemocy, jednakże przypadki oszustw podatkowych nadal się zdarzają”.

Wspomniane oszustwa podatkowe wyjaśniają szczególną ostrożność panującą w całym kompleksie. Kiedy nasza fotograf Alessia próbowała zrobić kilka zdjęć, ochroniarz obiektu od razu zareagował (był to jeden z wielu ochroniarzy zatrudnionych przez około 120 właścicieli budynków wynajmowanych chińskim czy wietnamskim sprzedawcom) i nakazał schowanie aparatu.

Kiedy przechodzimy przez część tego „nielegalnego” targu, ulokowanego na świeżym powietrzu, Dr Salat kontynuuje: „Wszystkie artykuły, które tutaj widzimy, są podrobione. Właśnie, dlatego ochroniarze nie życzą sobie, by robić jakiekolwiek zdjęcia. Sprzedawcy są tutaj legalnie, jednak nie płacą wszystkich wymaganych podatków. Czasem policja przyjeżdża i kontroluje sumę pieniędzy, jaką powinni mieć w kasie lub sprawdzają, czy ilość artykułów się zgadza. Sprzedawcy zazwyczaj płacą karę, ale wydaje mi się, że korupcja jest tu na porządku dziennym. Na takich właśnie zasadach działa ten targ już od wielu lat. Obecnie niełatwo jest otrzymać obywatelstwo węgierskie, tak więc przedłużają oni swoje pozwolenie na pobyt każdego roku lub też co dwa lata i w konsekwencji nie inwestują długoterminowo. Te małe sklepiki, które tu widzisz, mogą zostać zwinięte w przeciągu pięciu minut”.

Nowa fala bogatych Chińczyków

Najnowsza fala chińskich imigrantów nie borykała się już z problemami swoich poprzedników. Od 2012 roku rząd węgierskiego ministra Viktora Orbána sprzedał obligacje państwowe wartości 250 000 euro (niemniej jednak teraz ich wartość szacuje się na ok. 300 000 euro), które pierwotnie miały funkcjonować jako pozwolenie na pobyt dla chińskich inwestorów. Do tej pory zostały one zakupione przez ok. 2 000 chińskich obywateli.

Dr Imre Hamer, dyrektor Instytutu Konfucjusza w Budapeszcie, komentuje: „Ci, którzy przybyli na Węgry na nowych zasadach, różnią się od imigrantów przybyłych 25 lat temu wraz z pierwszą falą. Obecni imigranci to ludzie niezwykle bogaci. Nie kupują oni tylko jednego mieszkania, ale dwa lub trzy w najlepszych dzielnicach stolicy. Wiadomo mi o jednym, który otworzył herbaciarnię. Ma on sieć herbaciarni w Chinach, gdzie zbił fortunę, a teraz otworzył mały sklepik tutaj, bardziej dla rozrywki, niż dla pieniędzy”.

Profil chińskich imigrantów jest blisko związany z rozwojem chińskiej ekonomii, gdzie zarobki w wielkich przybrzeżnych miastach stanowią często potrójną wartość średniej węgierskiej wypłaty. Napływ nowobogackich Chińczyków obojga płci jest często uważany za niedostrzegalny fenomen.

 „Chodzi tu tylko o przedostanie się do strefy Schengen. Jeśli możesz sobie pozwolić na zakup państwowych obligacji za ponad 200 000 euro, dlaczego wybierasz właśnie Węgry?” − pyta retorycznie Dr Salat i po chwili wyjaśnia: „Chodzi o sprzedaż pozwoleń na mieszkanie w strefie Schengen i jest to dość cyniczne posunięcie ze strony węgierskiego rządu”.

Integracja, edukacja i „banany”

Podczas, gdy Węgry są dla niektórych jedynie chwilowym przystankiem, wielu Chińczyków osiedliło się tutaj na stałe. Spotkaliśmy się z Tianyangiem Zhangiem, 28 – latkiem pracującym jako tłumacz – wolny strzelec, który mieszka w kraju nad Dunajem od 18 lat.

Powód, dla którego Tianyang osiedlił się na obczyźnie jest inny od powodu, który miała większość tutejszych Chińczyków. Mężczyzna tłumaczy to w następujący sposób: „Większość moich rodaków przeprowadziłaby się tutaj jedynie w celu zarobienia większych pieniędzy, co podyktowane jest dużym zorientowaniem na sprawy biznesowe Chińczyków.  Ja natomiast przyjechałem tutaj ze względu na szkołę, co czyni mnie niesztampowym przypadkiem chińskiego emigranta. Do dziewiątego roku życia mieszkałem ze swoim tatą i zdecydowanie nie byłem najlepszym uczniem w chińskiej szkole.  W 1997 moja mama mieszkała już na Węgrzech od 9 lat.

W latach 90. większość chińskich dzieci uczęszczała do międzynarodowych szkół, gdzie zajęcia prowadzone były po angielsku i chińsku. Mama Tianyanga umieściła go w lokalnej szkole podstawowej, aby przyswoił sobie język węgierski. „Przyznam, że na początku było to dosyć trudne. Powinienem był uczęszczać do 3 lub 4 klasy, a przeniesiono mnie do 1. W takim wieku 3-4 letnia różnica jest znacząca”.

W tamtych czasach integracja była trudna a zrozumienie na tle kulturowym znikome. Jakkolwiek, problem ten powoli ulegał poprawie, a edukacja odegrała w tym swoją rolę. Zostało otwartych wiele dwujęzycznych szkół oferujących lekcje zarówno w języku węgierskim jak i chińskim. Szkoły te zyskały popularność wśród węgierskich rodziców. Instytut Konfucjusza na Węgrzech otrzymał fundusz wysokości ok. 440 000 euro na stworzenie słownika chińsko-węgierskiego.

Kolejną inicjatywą jest Csodálatos Mandarin, najstarszy chińskojęzyczny program radiowy na Węgrzech, transmitowany przez Tilos Rádió – niezależną i niekomercyjna rozgłośnię, której Tianyang był prowadzącym przez ostatnie 10 lat. Tianyang opowiada nam również o celu swojego programu: „Nie chcę przyjmować na siebie tak dużego ciężaru i twierdzić, że wykonuję swoją pracę dla chińskiej społeczności w celu promowania jej i godzenia dwóch nacji – to byłoby dla mnie zbyt wiele. Robię to po prostu dla siebie”.

Tianyang mieszkający na Węgrzech od około 18 lat zaobserwował pewien stopień integracji, jednak wywołuje ona u niego mieszane uczucia: „Niektóre chińskie dzieci tutaj urodzone nie władają językiem chińskim i często nazywane są «bananami» – żółte na zewnątrz, białe w środku. Część chińskich nastolatków urodzonych po 1997 roku mówi jedynie po węgiersku, mają one nawet węgierskie imiona. Ten nowy na Węgrzech trend,w innych europejskich krajach istnieje już od wielu dekad (np. chińskie dzieci noszące zachodnie imiona, red.).

Choć Tianyang uważnie dobiera słowa, bez wątpienia ma dokładnie sprecyzowany pogląd na relacje chińskich imigrantów z Węgrami. Ma on odczucie, że z obu stron istnieje pewien dystans na tle społeczno-kulturowym.  Tak naprawdę te dwie społeczności nadal żyją równolegle, pomimo pewnej asymilacji na przestrzeni ostatnich 25 lat.

 „Jeśli masz chińską twarz, przez Węgrów jesteś traktowany jak Chińczyk – nawet, jeśli masz węgierską matkę, dziewczynę czy chłopaka lub też żyłeś tu przez całe swoje życie. Opinia ta wynika z mojego doświadczenia i niezależnie od tego, czy jest to zjawisko pozytywne czy negatywne, takie są fakty. Druga strona medalu jest taka, że my Chińczycy nie narzucamy nikomu swojej ideologii. Jeśli robisz z nami interes, nie robimy problemów. Nie interesujemy się twoimi metodami – ty robisz swoje, a my swoje”.

---

Ten reportaż z Budapesztu jest częścią projektu EUtoo, który przedstawia alternatywne style życia młodych Europejczyków rozczarowanych współczesną rzeczywistością. Projekt jest finansowany przez Komisję Europejską.

Tekst: Viral Shah, Zdjęcia: Alessia Capasso