Społeczeństwo

Rzym: rowerem na skraju piekła

Artykuł opublikowany 13 kwietnia 2011
Artykuł opublikowany 13 kwietnia 2011
Początkowo jeździłam na rowerze z wygodnictwa, jednak z czasem stałam się rowerzystką z przekonania. Jako że pochodzę ze Strasburga, królestwa dwóch kółek, zrobiłam wszystko, aby zaopatrzyć się w rower także w Rzymie (pomimo komentarzy moich znajomych, że to samobójstwo).
Po czterech samotnych dniach w mieście zdominowanym przez samochody, odkryłam, że jeżdżenie rowerem może być porównane z wyczynami kamikaze…

W Rzymie jazda rowerem to codzienne odgrywanie walki Dawida z Goliatem. Pomimo tego, prę na przód na mojej pięknej Violetcie i aż ściska mi gardło, kiedy muszę naciskać za luźne hamulce.

Ścieżek rowerowych jak na lekarstwoPierwsze spostrzeżenie: pomiędzy dworcem Triburtina i historycznym centrum, podczas dobrych trzech godzin niepewnej jazdy, nie spotykam żadnego rowerzysty. Zaczęłam się niepokoić po tym, jak w ciągu czterech dni naliczyłam ich mniej niż dwudziestu! Początkowo myślałam, że jazda jedynie po zabytkowym centrum mogła być myląca dla moich obliczeń, bo, w gruncie rzeczy, nawet jeśli rowery są tam tolerowane w strefie dla pieszych, to nie znajdziemy ścieżek rowerowych przy ulicach przeznaczonych dla ruchu samochodowego. Jednak dwa dni później w dzielnicach Testaccio i Trastevere odkrywam jedynie kilka ścieżek rowerowych. Absolutna pustynia!

Nawet pomysł rowerów miejskich nie wypalił

Mimo to, istnieje (istniał?) system samoobsługowej wypożyczalni rowerów, który wszedł w życie w 2008 roku i od tego czasu powinien był przyzwyczaić mieszkańców do obecności dwóch kółek. Tymczasem, co najdziwniejsze, w miejscach do tego przeznaczonych rowerów najczęściej nie ma. Właściciel sklepu rowerowego twierdzi nawet, że zostały one usunięte. Powodem miały być nieustanne zmiany, które przeszkadzały w przyznaniu kontraktu na zarządzanie tym systemem. Dlaczego więc przy stojakach wciąż  stoi kilka porzuconych rowerów? Jedno jest pewne: dla kierowców motorini te puste zatoczki dla rowerów są świetnym miejscem do parkowania!

Gdy już prawie tracę cierpliwość, wpadam na grupę turystów na rowerach. Holendrzy. To chyba jedyne osoby chętne wybrać ten typ zwiedzania, „ekologicznego” i zdrowego zarazem. Jako że jazdę rowerem praktykują codziennie, fama tragicznych korków rzymskich nie może ich zniechęcić. Ale o regułach jazdy, które zdają się tutaj nie istnieć, nie wiedzą więcej ode mnie. Każdy w Rzymie interpretuje je na swój sposób: stwierdzeniu „Tak, oczywiście, może pani spokojnie jeździć pasami wyznaczonymi dla autobusów i taksówek” przeciwstawia się „Absolutnie nie! Ryzykuje pani utratę życia, ani autobusy ani taksówki nie będą z nikim dzielić swojego pasa, tylko by ich pani opóźniła”.

Przeczytaj o masie krytycznej w Budapeszcie

Poza Holendrami mijałam tylko profesjonalnych cyklistów poruszających się tak szybko, że nie wołałam ich z obawy spowodowanie wypadku. Dlatego bardzo trudno jest stworzyć profil rzymskiego rowerzysty: ilu ich jest (zaledwie 5000, według słów sprzedawcy rowerów)? Jak radzą sobie z chaotycznym ruchem drogowym? Jazda rowerem po Rzymie wydaje się być związana bardziej z koniecznością lub postawą aktywizmu politycznego, niż z praktyką związaną z czystą przyjemnością „szlifowania bruków”. Wobec beznadziejnej komunikacji miejskiej, na którą skarżą się bez ustanku Rzymianie, przybiera się tutaj jedną z dwóch postaw: jedni pokornie przyjmują dany stan rzeczy, inni pokazują, że potrafią temu zaradzić. Korzystają na przykład z popularnych rowerowni, gdzie za grosze można wyposażyć się w stary szkielet roweru, który potem samemu się odnawia. Jest to pomysł niezbyt doceniany przez jeden z najstarszych sklepów rowerowych w mieście. Banda „anarchistów”, która nie przestrzega podstawowych zasad bezpieczeństwa, i która, organizując spotkania masy krytycznej [ruch społeczny, polegający na organizowaniu spotkań maksymalnej liczby rowerzystów i ich wspólnym przejeździe przez miasto, przyp.tłum.], „wprowadza nieład i wywołuje więcej nienawiści niż podziwu”, słyszę. Całkiem odwrotnie rzecz ma się w przypadku osób wynajmujących rowery, które jednocześnie organizują ekologiczne zwiedzanie miasta. Z ich strony sprzedawcy i rowerownie nie obawiają się jakiejkolwiek konkurencji. „Im więcej używamy roweru, tym lepiej”.

Kolarstwo, nowa forma społecznego buntu?

Ludzie pozostają oporni w używaniu rowerów z różnych powodów (z braku przyzwyczajenia, z lenistwa, ignorancji, zanieczyszczeń, zniechęcenia i strachu przed korkami), ale nic nie zostało zrobione, aby zmienić ich nastawienie i obdarzyć szczególnymi przywilejami środki lokomocji przyjazne środowisku. Wszyscy rozmówcy, bez wyjątku, twierdzą, że polityka lokalnych władz w sprawach transportu nie istnieje. Co z rzadkimi inicjatywami, takimi jak projekt bike sharing? „Greenwashing”, odpowiada mi się. Bez nacisku „z góry”, postawa ludzi się nie zmieni, stwierdza z żalem reprezentant Cittalii, fundacji narodowego stowarzyszenia gmin włoskich dla rozwoju nauk o tematyce miejskiej. Bierność władz w tej dziedzinie ma się nijak do prowadzonej przez nie polityki: „We Włoszech, ochrona środowiska nie jest wciąż kwestią priorytetową”. W Rzymie, rower postrzegany jest jako pewna forma militaryzmu ekologicznego. Uszanujmy odważnych rowerzystów rzymskich, którzy przez pełną zapału jazdę, nawet jeśli nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, zmieniają być może aktualny stan rzeczy od wewnątrz. Pozytywny znak: w nieprzyjaznym środowisku, (nawet, jeśli nie jest to zawsze widoczne gołym okiem), zarówno statystyki oficjalne, jak i dane profesjonalnych kolaży są warte uwagi: liczba rowerzystów w ruchu drogowym ciągle rośnie.

Ten artykuł powstał w ramach projektu Green Europe on the ground 2010-2011, serii reportaży cafebabel.com na temat zrównoważonego rozwoju.

Fot. główne (cc)Estevão Passarinho/flickr; w tekście ©Tania Gisselbrecht