Społeczeństwo

Seks-turystyka w Tajlandii

Artykuł opublikowany 10 stycznia 2008
Artykuł opublikowany 10 stycznia 2008
Ożywione ulice Bangkoku kryją ohydną rzeczywistość młodych prostytutek. Starają się one przetrwać na tutejszym rynku erotycznym i marzą o Europie.

Wrażliwe dusze niech się wstrzymają. W Bangkoku krzykliwe migające neony są zapowiedzią ulicznych barów. W "Soi Cowboy" za zadymionymi witrynami odbywa się prawdziwy spektakl. Młode Tajki, prawie całkiem nagie, próbują zwabić zachodnich klientów kołysząc się w rytmie ostatniego przeboju Britney Spears. Niektóre używają nawet nieprawdopodobnych gadżetów, żeby dodać pieprzu ich "sex-show".

Niemiecki turysta wybrał właśnie swoją zdobycz i zaprasza ją na drinka, pod uważnym okiem szefowej. Jego zaloty skończą się w łóżku, jeśli Europejczyk, "farang", jak nazywają ich tubylcy, wyłoży odpowiednią ilość gotówki. Ten zabieg, "opłata barowa", jest dodatkiem do pensji panien z "Soi Cowboy": 100 euro na miesiąc plus prowizje od drinków kupionych przez klientów. Wynagrodzenie niewystarczające na życie nawet w Bangkoku.

Ale ta niewielka pensja jest lepsza niż nic: inne przybytki zatrudniają tylko kobiety pracujące jako freelancerki, nie gwarantując im określonych miesięcznych dochodów. Dla większości świeżo przybyłych z północnych prowincji wynagrodzenie różni się w zależności od ilości alkoholu na zakup którego namówią swoich panów.

Ich szefowie, często nieprzejednani w stosunku do swoich pracowniczek, karzą je finansowo, jeśli klient odmówi i nie podda się barowemu podatkowi, tak jak powinien. Dalej na ulicy prostytutki, a czasem też transseksualiści, są przywoływani przez obleśnych podtatusiałych panów z piwnymi brzuszkami.

Gospodarka seksu

Nana plaza, Patpong, Pattaya, Phuket... Tyle nazw, które przywodzą na myśl raj turystyki erotycznej, jakim stała się Tajlandia w ostatnich latach. Obecnie kraj liczy ponad 200 000 pracowników seks-biznesu. Niektórzy szacują nawet, że ich liczba dochodzi do miliona. Przemysł rozrywkowy, który ich zatrudnia, stanowił w 2003 roku 3% tajskiej gospodarki.

Nawet jeśli liczba mieszkańców Zachodu przybywających do Tajlandii jako "seks-turyści" wydaje się być ogromna, to stanowią oni zaledwie 10% zapotrzebowania na prostytucję, tworzonego głównie przez Japończyków, Chińczyków i ogólnie Azjatów.

Trzydziestoletnia Khoy pochodzi z północno-wschodniego wiejskiego regionu kraju. W wieku szesnastu lat przyjechała do Pattaya pracować w salonie masażu koleżanki. Spotkała tam klienta, z którym ponad 10 lat utrzymywała kontakty listownie. Ten europejski Romeo wysyłał jej co miesiąc pieniądze, ale ponieważ to nie "wystarczało na zapewnienie podstawowych potrzeb", dalej "masowała" innych turystów.

Jej "boyfriend", znając dokładnie sytuację, wracał dwa do trzech razy do roku w odwiedziny. Później rozstali się. Wróciła na prowincję, wyszła za mąż za Taja, potem wyjechała na południe pracować w salonie, który zatrudniał ją wcześniej. Pewnego pięknego dnia wpadła na swojego Romea, który zaproponował, aby pojechała z nim do Phuket. Odtąd są znów razem. Bajka, gra w oszukiwanie, czy sposób zarobkowania? Komu to oceniać?

Życiorys Khoy jest typowy dla wielu tysięcy młodych Tajek oddających się tej grze. Czasem emigrują do krajów pochodzenia ich zachodnich ukochanych, a marzeniom o lepszym życiu często towarzyszą liczne rozczarowania.

Nielegalna prostytucja

Dokument o prostytucji zrealizowany przez Jordan Clark (Fot.: GalerieDavidCrown/Flickr)Najstarszy zawód świata przeżywał drugą młodość w latach 60. XX wieku, kiedy to ówczesny tajski rząd, w trosce o osłodzenie codziennego życia amerykańskich chłopców walczących dla Wietnamu, wprowadził strefy "odpoczynku i rekreacji", właśnie w Bangkoku. Kiedy skończyła się wojna, turyści zastąpili żołnierzy. Dziś prostytucja jest oficjalnie nielegalna, a od 2001 roku "sex-shows" mogą się odbywać wyłącznie w miejscach przewidzianych do tego celu, zamykanych o godzinie drugiej w nocy.

Walka pracowników "seksu" o uznanie ich statutu i o lepsze warunki pracy jest daleka od zwycięstwa. Ale w miejscu, gdzie liczni przybysze z Zachodu pełnią role szefów i klientów, zadanie jest ciężkie. Wolontariuszka fundacji Empower, która walczy o szacunek dla praw "pracowników erotycznych" w Tajlandii, tak przedstawia sytuację: "To, jak patrzy na mnie społeczeństwo, jest mi obojętne. Wykonuję swoją pracę, to wszystko. Nie chcę gwiazdki z nieba, chciałabym tylko, aby mnie traktowano w pracy przyzwoicie, żebym dysponowała więcej niż tylko jednym dniem wolnym na miesiąc i miała dostęp do ubezpieczenia..."

Zdjęcia: Dokument o seks-turystyce Jordan Clark (Fot.: GalerieDavidCrown/Flickr); Strona główna: (stygiangloom/Flickr)