Społeczeństwo

Toksyczny związek Węgier z ekologią

Artykuł opublikowany 4 stycznia 2011
Artykuł opublikowany 4 stycznia 2011
Mąka, sok cytrynowy, ocet, woda mineralna, środki czyszczące, taczki, rękawice i maski medyczne. To nie lista zakupów, tylko spis darów potrzebnych dla rodzin poszkodowanych w kataklizmie ekologicznym na Węgrzech. Dziennikarz cafebabel.com pojechał w rejon skażenia czerwonym szlamem, by pojąć skalę tragedii i dowiedzieć się, jak Węgrzy pomagali rodakom.

Wieś Kolontar, 4 października 2010 roku – z pozoru dzień jak każdy inny. W jednym z domów małżeństwo smaży naleśniki. O godzinie 12:25 pęka narożnik ogromnego zbiornika odpadów poprodukcyjnych z huty aluminium. W zaledwie kilka sekund blisko milion metrów sześciennych toksycznej substancji wydostaje się ze zbiornika poprzez wyrwę szerokości kilkudziesięciu metrów. Fala czerwonego szlamu wysoka na dwa metry płynie prosto na oddalone o zaledwie kilometr Kolontar. Nie ma czasu na ucieczkę ani ratowanie dobytku. Ojciec wybiega z kuchni do pokoju z dzieckiem, porywa je z ziemi i wrzuca na szafę tuż pod sufitem. Chwilę później czerwone błoto wdziera się do domu, zakrywając mężczyznę po szyję. Powódź zalewa Kolontar oraz sąsiednie miasteczko Devecser. Cały świat patrzy z niedowierzaniem, jak największa katastrofa ekologiczna Europy od czasów Czernobyla zabija 10 ludzi, rani 150 osób i rujnuje czterysta domów.

Zrujnowany ekosystem

Kilka tygodni po tragedii, światowe media zajmują się już innymi tematami. Postanawiamy wówczas odwiedzić rejon kataklizmu, by zobaczyć, czy w Kolontar i Devecser możliwy jest powrót do normalności. Mamy okazję stanąć w środku wyrwy w tamie zbiornika, gdzie 24 godziny na dobę na sześć zmian pracują ekipy budowlane. Trwa odbudowa zniszczonego wału oraz usypywanie półtorakilometrowego kanału bezpieczeństwa. W zbiorniku znajduje się jeszcze blisko 2,5 miliona ton toksycznej substancji.

Część osób zmarła w wyniku poparzeń, część utonęła

Czerwony szlam, to odpad przemysłowy powstający podczas produkcji aluminium. Ten nierozpuszczalny osad zawiera tlenki tytanu, sodu i krzemu oraz nadający mu czerwony kolor tlenek żelaza. Analiza chemiczna Greenpeace dowodzi, że do środowiska trafiło także 50 ton arsenu, 300 ton chromu i 500 kilogramów rtęci. Największym problemem była jednak wysoka zasadowość mieszanki, która w momencie wycieku wynosiła aż 13 pH.

Rezultat zetknięcia skóry z substancją, to poważne chemiczne oparzenia i powstałe w ich wyniku długo niegojące się rany. Wśród rannych znaleźli się nie tylko mieszkańcy zalanych obszarów, ale także ekipy ratunkowe. Od razu po wycieku przystąpiono do jego neutralizacji przy użyciu gipsu i kwasu octowego. Miną lata, nim ponowna uprawa ziemi w tym regionie będzie możliwa. Wyciek zupełnie unicestwił też życie w dwóch rzekach.

Na pomoc ofiarom

Wraz z przyjaciółmi zorganizowała zbiórkę darówCzerwoną szosą jedziemy do Kolontar, gdzie skutki kataklizmu zostały już w dużej mierze usunięte. Zwały szlamu zniknęły z ulic i chodników.  Dawniej mieszkał tu tysiąc osób, teraz miejscowość sprawia wrażenie wyludnionej. W tymczasowym centrum Czerwonego Krzyża wolontariuszki rozdzielają paczki dla rodzin i ładują je na furgonetkę.- Podjęto masę inicjatyw obywatelskich – mówi nam Andrea Donner, działaczka żydowskiej organizacji Kidma Hungary zajmującej się młodymi ludźmi po 18 roku życia. – Postanowiłam pomóc ofiarom katastrofy i wraz z przyjaciółmi zorganizowaliśmy zbiórkę charytatywną, reklamując ją na Facebooku – wspomina. – Zgłosiłam się do ratowników na miejscu, by ustalić, czego poszkodowani potrzebują najbardziej.

Okazuje się, że masa ludzi pomogła ofiarom katastrofy poprzez małe inicjatywy, ponieważ chcieli wiedzieć, co dalej będzie się działo z podarowanymi pieniędzmi. Nie ufali Czerwonemu Krzyżowi lub państwowym zbiórkom pieniędzy. Do dziś otwarte jest pytanie, na co zostały lub zostaną przeznaczone środki zebrane w ten sposób. Źródła podają, że do teraz może to być kwota rzędu 4,3 miliona euro.

Niestety, nie każda inicjatywa obywatelska powiodła się. Węgierski malarz Gabor Suveg postanowił zebrać trzysta prac od stu artystów i sprzedawać je w internetowym serwisie aukcyjnym, a dochód z akcji miał zamiar przeznaczyć w całości na pomoc poszkodowanym. Ta znakomita akcja cieszyła się małym zainteresowaniem i zebrano symboliczne pieniądze. 

Tymczasem w rezultacie swojej zbiórki, młodzi wolontariusze z Andreą na czele zebrali ok. 200 tys. forintów oraz dary o wartości ponad 300 tys. forintów. Za te pieniądze zakupiła najpotrzebniejsze rzeczy, po czym wszystko załadowała do ciężarówki i przetransportowała do sortowni w mieście Ajka. –Wobec tragedii o tak niewyobrażalnej skali, znikają różnice między ludźmi. Nie było ważne w jakim jesteśmy wieku, czy jesteśmy żydami, chrześcijanami czy muzułmanami ani czy jesteśmy z lewicy czy prawicy. Silna wola pomocy zjednoczyła cały kraj – cieszy się Andrea. 

Udawana normalność

W Kolontar dowiadujemy się, że choć jest to odradzane, wiele rodzin wróciło do domów i ani myślą się wyprowadzać. Nie chcą słyszeć, że po wyschnięciu szlam zamienia się w pył, który w razie dostania do dróg oddechowych jest jeszcze bardziej niebezpieczny. Jednak nie wszyscy z Kolontar mieli dokąd wrócić.

Ten jeden pozostanie na pamiątkę katastrofy– Toksyczna substancja wżera się w ściany, podłogi i meble uniemożliwiając dalsze zamieszkiwanie. Domy, do których wdarła się powódź, zostały zrównane z ziemią. Zostawiamy ten jeden na świadectwo katastrofy – mówi nam oficer Attila Vezendi, wskazując na samotny budynek. Udaje nam się wejść do środka. Wygląda, jakby szlam zalał go zaledwie kilka dni temu. Nad ogromną wyrwą w jednej ze ścian, która cudem jeszcze się nie zawaliła, ktoś po powodzi zawiesił z powrotem obrazek z Jezusem. Oficer Peter Meszaros mówi nam, że w domu mieszkała para emerytów. Mężczyzna zmarł w szpitalu od poparzeń. – Jego żonę znaleziono na polu za gospodarstwem, utonęła – przyznaje oficer.

Do Budapesztu wracamy w wojskowych gumiakach. Strażnicy powiedzieli, że po wizycie w skażonej strefie nasze obuwie jest toksycznym odpadem. Buty pozostały więc w Kolontar - razem z mieszkańcami, którym 4 października o 12:25 czerwony szlam zrujnował życie.

Toksyczna substancja wżera się w ściany, podłogi i meble

Szczególne podziękowania dla Veroniki Kovacs i Lili Szilágyi za wsparcie przy realizacji reportażu oraz dla Aleksandry Sygiel za cierpliwość w oczekiwaniu na tekst ;) 

Fot. © Filip Jurzyk