Społeczeństwo

TUNEZYJSCY BLOGERZY: REWOLUCJA 2.0?

Artykuł opublikowany 27 marca 2014
Artykuł opublikowany 27 marca 2014

2011 roku Tunezję objęła re­wo­lu­cja 2.0. Blo­ge­rzy byli wtedy he­ro­sa­mi, ich orę­żem był in­ter­net. Z cza­sem sieć za­mie­ni­ła­asię jed­nak w bro­ń obo­siecz­ną – nawet dla sa­mych przy­wód­ców re­wol­ty. Za­le­d­wie trzy lata po re­wo­lu­cji blo­ge­rzy otrzy­mu­ją po­gróż­ki, a par­tie, z któ­ry­mi wal­czy­li, znów są u wła­dzy. Kim są dziś tu­ne­zyj­scy in­ter­ne­to­wi wo­jow­ni­cy?

Z Liną Ben Mhen­ni spo­ty­kam się w Grand Café du The­atre przy alei Bo­ur­gu­iba w Tu­ni­sie. Zdy­sza­na przy­bie­ga wprost z uczel­ni, na któ­rej wy­kła­da. Dys­kret­nie daje znak ochro­nia­rzo­wi, by po­zo­sta­wił nam tro­chę pry­wat­no­ści. Gdy za­czy­nam mówić, jej spoj­rze­nie kie­ru­je się w inną stro­nę, aż na ulicę, gdzie prze­cho­dzą setki ludzi i jeż­dżą tak­sów­ki.

Trzy lata temu, w 2011 roku, roz­gry­wa­ła się tu tu­ne­zyj­ska cy­ber-re­wo­lu­cja - przy­czy­nek do tu­ne­zyj­skiej wio­sny. Nawet naj­bar­dziej znana w kraju blo­ger­ka, przy­zna­je, że to tylko mit. „Lu­dzie umie­ra­li na uli­cach - w świe­cie re­al­nym, nie wir­tu­al­nie" - opo­wia­da Lina, wy­raź­nie zmę­czo­na nie­ustan­nym wy­ja­śnia­niem tej samej kwe­stii.  Drut kol­cza­sty, który wciąż jesz­cze szpe­ci ulice mia­sta, do­da­je jej sło­wom po­wagi. 

kie­dyś byłam ide­alist­ką

W 2011 roku Lina była go­ściem fran­cu­skiej te­le­wi­zji. Znany arab­ski in­te­lek­tu­ali­sta, Tariq Ra­ma­dan, oskar­żył ją oraz in­nych blo­ge­rów o to, że nie re­pre­zen­tu­ją spo­łe­czeń­stwa, lecz są opła­ca­ni przez Ame­ry­kanów. „Nie znam ni­ko­go, komu za­pła­co­no za za­ło­że­nie bloga. Za co mia­ło­by się nam pła­cić? Ile wy­sił­ku zaj­mu­je za­ło­że­nie bloga?" - pyta re­to­rycz­nie, wspo­mi­na­jąc tam­ten pro­gram te­le­wi­zyj­ny. Hi­sto­ria Liny nie od­bie­ga bar­dzo od fa­bu­ły filmu Ta­ran­ti­no - w 2007 roku, tuż po tym, jak ku­pi­ła lap­to­pa w Car­re­fo­urze, za­ło­ży­ła swo­je­go pierw­sze­go bloga. Za­ty­tu­ło­wa­ła go: Tu­ne­zyj­ka. Przy­zna­je, że na po­cząt­ku była to „sztu­ka dla sztu­ki". Jed­nak wraz z na­ło­że­niem cen­zu­ry przez Bena Alie­go oraz jej no­mi­na­cją do Po­ko­jo­wej Na­gro­dy Nobla, Lina stała się nagle jedną z naj­waż­niej­szych twa­rzy tu­ne­zyj­skiej re­wo­lu­cji.

Do tego czasu wiele się zmie­ni­ło - upa­dła dyk­ta­tu­ra, usta­no­wio­no nową kon­sty­tu­cję. Lina wciąż ko­rzy­sta jed­nak z ochro­ny po­li­cyj­nej. „Przed re­wo­lu­cją byłam w pew­nym ro­dza­ju wię­zie­niiu, ale przy­naj­mniej było ono tro­chę więk­sze. Teraz je­stem ofia­rą cią­głe­go znie­sła­wie­nia, otrzy­mu­ję groź­by śmier­ci na fa­ce­bo­oku. Nie prze­ży­ła­bym bez ochro­ny po­li­cji" - wy­ja­śnia, wska­zu­jąc na swego ochro­nia­rza z re­zy­gna­cją za­bar­wio­ną sar­ka­zmem. Jak do tego wszyst­kie­go do­szło? Czy to nie blo­ge­rzy stali na czele tu­ne­zyj­skiej awan­gar­dy? Czy to nie In­ter­net stał się bro­nią mło­de­go po­ko­le­nia? „W trak­cie re­wo­lu­cji blogi, media spo­łecz­no­ścio­we i w ogóle in­ter­net prze­ro­dzi­ły się z po­ży­tecz­nych na­rzę­dzi w mie­cze obo­siecz­ne" - przy­zna­je Lina. „Trzy lata temu my­śla­łam, że każ­de­mu za­le­ży na po­pra­wie sy­tu­acji w na­szym kraju, ale wtedy byłam jesz­cze ide­alist­ką" - do­da­je po chwi­li. W Tu­ni­sie jest 15 stop­ni i wła­śnie pada deszcz. Po­go­da, po­dob­nie jak obraz cyber-spo­łe­czeń­stwa ma­lo­wa­ne­go przez Linę, stoi w sprzecz­no­ści z ocze­ki­wa­nia­mi Za­cho­du.

in­ter­net to pole bitwy

Tu­ne­zja ma naj­więk­szą licz­bę kont na fa­ce­bo­oku spo­śród wszyst­kich kra­jów afry­kań­skich oraz arab­skich. W 2011 roku 50% tu­ne­zyj­skich in­ter­nau­tów miało swój pro­fil na tym por­ta­lu. Dzi­siaj od­se­tek ten wy­no­si 3,4 mi­lio­na. Su­ge­ru­je to, jak wiel­ki wpływ na Tu­ne­zję wy­war­ła wszech­obec­na moda wy­kre­owa­na przez media spo­łecz­no­ścio­we. Być może był to jeden z po­wo­dów, dla któ­rych Abdel Karim (37 lat) za­ło­żył w 2013 roku The So­cial Media Club of Tunis. Jaki przy­świe­cał mu cel? Chciał oświe­cić mło­dych ludzi w jaki spo­sób tego typu por­ta­le mogą być uży­wa­ne do celów po­li­tycz­nych. Około 60% tu­ne­zyj­skich fa­ce­bo­oko­wi­czów jest w wieku 24-34 lat. Abdel po­cho­dzi z Za­ghu­an (od­da­lo­ne­go o 50km od sto­li­cy), gdzie jesz­cze przed 2011 ro­kiem za­an­ga­żo­wa­nie po­li­tycz­ne miesz­kań­ców spro­wa­dza­ło się do „po­pie­ra­nia każ­de­go urzęd­ni­ka, który wy­stę­po­wał w imie­niu Bena Alie­go". W Tu­ni­sie Abdel miesz­ka od 2002 roku, mówi po arab­sku, fran­cu­sku, ale też ro­zu­mie język wło­ski - ma w domu sta­cję sta­cję RAI 1. Spo­ty­kam się rów­nież z Hendą (30 lat), która po­cho­dzi z pół­noc­nej dziel­ni­cy Tu­ni­su - Aria­ny. Oboje na­zy­wa­ją sie­bie blo­ge­ra­mi oraz ak­ty­wi­sta­mi, wy­kła­da­ją za po­śred­nic­twem radia in­ter­ne­to­we­go w piw­ni­cy Tu­ne­zyj­skiej Agen­cji In­ter­ne­to­wej (ATI). W ich wy­kła­dzie uczest­ni­czy dzie­sięciu słu­cha­czy. 

Pro­mie­nie sło­ńca wdzie­ra­ją się przez okna wy­cho­dzą­ce na dzie­dziniec. Cień palm staje się coraz dłuż­szy. Ab­del­ka­rim wy­cią­ga swój lap­top i kła­dzie go na biur­ku. Re­stau­ra­cja jest już pra­wie pusta. „Blo­ge­rzy? To wolni ra­dy­ka­li­ści, każdy z nich jest zu­peł­nie nie­za­leż­ny" - wy­zna­je. "Jed­nak par­tia En­nah­da (is­lam­ska par­tia Tu­ne­zji) szuka mło­dych ludzi, któ­rzy nad­zo­ro­wa­li­by media spo­łecz­no­ścio­we oraz prze­pro­wa­dza­li po­li­tycz­ną kam­pa­nię wy­bor­czą on-li­ne - In­ter­net stał się polem bitwy" - da­da­je.

Wy­gląda na to, że media spo­łecz­no­ścio­we z fa­ce­bo­okiem na czele re­pre­zen­tu­ją Nowy Dziki Za­chód w po­li­ty­ce. Is­la­mi­ści, ko­mu­ni­ści i anar­chi­ści do­cho­dzą w nim swo­ich praw. Na py­ta­nie o rolę blo­ge­rów pod­czas re­wo­lu­cji, Henda od­po­wia­da wprost: „Blo­ge­rzy mieli bar­dzo ogra­ni­czo­ną rolę w trak­cie za­mie­szek". Rzad­ko używa słowa: „re­wo­lu­cja". We­dług niej „ist­nia­ła wów­czas ogól­na ten­den­cja, kre­owa­na w me­diach, któ­rej celem było umniej­sze­nie roli in­nych ru­chów spo­łecz­nych w Tu­ne­zji; zor­ga­ni­zo­wa­ne grupy nie za­wsze dzia­ła­ły w spo­sób po­ko­jo­wy, nie były też usa­tys­fak­cjo­no­wa­ne tym, co sobie wy­wal­czy­ły".

JAKA JEST ROLA BLO­GE­RÓW?

„Każda re­wo­lu­cja po­trze­bu­je twa­rzy" - wy­zna­je cy­nicz­nie Hedna. Kiedy pytam Abd­del­ka­ri­ma o za­rzu­ty po­sta­wio­ne przez Tariq'a Ra­ma­da­na, za oknem wła­śnie prze­jeż­dża sa­mo­chód z eskor­tą po­li­cji. Abd­del­ka­rim po­dą­ża za nim spoj­rze­niem i uśmie­cha się dwu­znacz­nie. Gdy od­po­wia­da na moje py­ta­nie, uśmiech znika z jego twa­rzy. „Pię­ciu sław­nych tu­ne­zyj­skich blo­ge­rów prze­szło spe­cjal­ne szko­le­nia zor­ga­ni­zo­wa­ne przez ame­ry­kań­ski sztab eks­per­tów" - mówi. „Tak czy ina­czej, czy ktoś byłby w sta­nie od­mó­wić? Aby moc skoń­czyć z Benem Ali'm by­li­śmy go­to­wi za­wrzeć pakt z dia­błem!".

Trud­no się z nim nie zgo­dzić. Dzie­sięć lat temu, zanim jesz­cze słowo „blo­ger" na­bra­ło ko­no­ta­cji po­li­tycz­nych, „reżim szko­lił swo­ich ludzi, aby spra­wo­wa­li nad­zór nad in­ter­ne­tem i wy­po­wia­da­li się na fo­rach in­te­re­ne­to­wych" - wy­ja­śnia Henda. W tam­tym cza­sie in­ter­ne­tu uży­wa­ło się w za­sa­dzie tylko dla celów pry­wat­nych. Wraz z na­sta­niem cza­sów „po­li­tycz­nej sieci", re­wo­lu­cji 2.0 oraz ka­den­cji no­we­go rządu wszyst­ko się zmie­ni­ło. Jed­nak nie spo­sób nie zadać sobie py­ta­nia, czy ta zmia­na była re­al­na, czy w Tu­ne­zji na­praw­dę miała  miej­sc ere­wo­lu­cja? W pew­nym sen­sie, „umarł" nie tylko Ben Ali, ale też sama re­wo­lu­cja. Wy­da­je się, że nawet samym blo­ge­rom nie wie­dzie się zbyt do­brze.

Ten re­por­taż jest jed­nym z serii ar­ty­ku­łów pro­jek­tu Eu­ro­med-Tu­ni­sia, fi­nan­so­wa­ne­go przez Fun­da­cję Lindh oraz zre­ali­zo­wa­ne­go dzię­ki współ­pra­cy z iWatch Tu­ni­sia.