Społeczeństwo

Turcjo, nie poznaję cię 

Artykuł opublikowany 6 kwietnia 2016
Artykuł opublikowany 6 kwietnia 2016

[Opinia] Jeszcze przed kilku laty Turcja uchodziła za kraj demokratyczny i otwarty na świat. Dzisiaj Kurdowie są prześladowani w swoim własnym państwie, korespondentom zagranicznym odbiera się legitymacje prasowe, a ci, którzy krytykują reżim, są uciskani. Wszystko to dzieje się pod przykrywką walki z terroryzmem.

Pierwszy raz udałam się do Turcji w lutym 2014 roku. Spędziłam jeden semestr na wymianie studenckiej w Stambule. Szybko stało się dla mnie jasne, że w szczególny sposób czuję się związana z tym krajem. To właśnie Stambuł był dla mnie ekscytującym, fascynującym i przede wszystkim – otwartym miastem. W powietrzu czuć było jeszcze nastrój przełomu, zapoczątkowany przez protesty w parku Gezi z 2013 roku (red. przeciwko planowanej budowie centrum handlowego, jak i przeciwko rządom premiera Erdoğana). Jednak to, co w moim odczuciu było żywym sprzeciwem wobec rządów Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (Adalet ve Kalkınma Partisi, AKP), w rzeczywistości stało się ostatnim krzykiem protestu, który zaraz potem umilkł na na dobre. 

Kiedy dzisiaj spoglądam na Turcję, widzę kraj, którego nie potrafię już zrozumieć. Kilka dni temu prezydent Erdoğan ogłosił, że terrorystą jest każdy, kto umożliwia terroryzm – nieważne, czy urzędnik, naukowiec, czy dziennikarz. Kto nie jest po stronie rządu, należy do terrorystów. ,,Półśrodki nie istnieją”. Prezydent odniósł się do ataków terrorystycznych, które miały miejsce w Ankarze 13 marca. Zginęło w nich 37 osób, a wiele innych zostało rannych. To już trzeci zamach w tureckiej stolicy w ciągu ostatnich pięciu miesięcy. Za zamachy turecki rząd obwinia Partię Pracujących Kurdystanu (Partiya Karkerên Kurdistan, PKK) oraz powiązaną z nią kurdyjsko-syryjską milicję Powszechnych Jednostek Ochrony (Yekîneyên Parastina Gel, YPG). Już od miesięcy armia turecka toczy wojnę we własnym kraju. W południowo-wschodniej części Turcji, zamieszkałej głównie przez Kurdów, toczy się walka przeciwko PKK, której działalności na terenie tego kraju zakazuje prawo. Oprócz tego konflikty są tam powszechne: giną cywile, a żołnierze wprowadzają godziny policyjne, które trwają nawet całymi dniami.

Walka Erdoğana z terroryzmem to kolejne ograniczanie swobód obywatelskich 

Terror pod postacią nadzoru państwego nie jest żadnym rozwiązaniem. Nawet osoby, które opowiadają się za pokojem w kurdyjskiej części Turcji, muszą się bać oskarżenia o terroryzm. W środę 16 marca aresztowano trzech tureckich naukowców. Ich wina: w styczniu podpisali petycję, której celem było zakończenie przemocy w południowo-wschodniej Turcji. Kiedy Erdoğan stwierdza, że ,,wszyscy, którzy umożliwiają terror” są terrorystami, to w rzeczywistości mówi o dalszym ograniczaniu wolności słowa i wolności mediów. Dziennikarze krytycznie nastawieni wobec rządu nie mają w Turcji lekko, co pokazał przykład Hasnaina Kazima, korespondenta Der Spiegela i Der Spiegela online: po dwóch i pół roku islamsko-konserwatywny rząd Partii Sprawiedliwości i Rozwoju odmówił przyznania 41-letniemu dziennikarzowi legitymacji prasowej. Bez akredytacji nie ma on możliwości otrzymania pozwolenia na pobyt i wraz ze swoją rodziną musi opuścić kraj. To samo dzieje się z wieloma innymi korespondentami.

Wniosek o wydanie akredytacji dziennikarskiej złożony przez Silje Rønning Kampesæter, korespondentkę norweskiej gazety Aftenposten, również został odrzucony. Deniz Yücel, korespondent Die Welt, został oskarżony o sympatyzowanie z PKK. Jemu również odmówiono akredytacji. Redaktor naczelny  gazety zdecydował więc, że przez jakiś czas nie będzie pracował na miejscu, w Turcji - tak samo jak Hasnain Kazim.

Erdoğan chce bezwzględnie walczyć z tymi, którzy nie myślą tak, jak on. Opozycjoniści i przeciwnicy rządowi są uciszani pod przykrywką walki z terroryzmem. To, czego Turcja naprawdę potrzebuje w tym momencie, to demokratyzacja, a nie autokratyczne twarde rządy. W przeciwnym razie nie ma szans na wyjście z błędnego koła ucisku, który wywołuje nienawiść i nienawiści żywiącej się terrorem.

Turecki cynizm

Dziś szczególnie ważne jest, żeby europejskie państwa opowiedziały się jasno i dobitnie przeciwko naruszaniu praw człowieka w Turcji. Obchodzenie się z tym krajem jak z jajkiem tylko dlatego, że wydaje się być jedyną drogą na wyjście z kryzysu uchodźczego, jest obłudne - i niewłaściwe. Podczas szczytu UE z Turcją, który odbył się w dniach 17-18 marca 2016, Angela Merkel chwaliła Turcję za osiągnięcia w sprawie kryzysu migracyjnego. Przemilczała za to fakt samowolnych aresztowań. Kolejny fałszywy sygnał to branie Turcji pod uwagę jako bezpiecznego kraju pochodzenia. Dla państw EU jest to ważny krok w celu kontrolowania napływającej fali imigrantów. Oznacza to, że uchodźcy, których kraj pochodzenia jest bezpieczny, lub którzy podczas swojej ucieczki podróżowali przez trzeci, uznany za bezpieczny kraj, nie mogą liczyć na azyl w UE. Według niemieckiego Państwowego Centrum ds. Edukacji Politycznej (Bundeszentrale für politische Bildung, bpb) kraj bezpiecznego pochodzenia oznacza przede wszystkim, że jego obywatele nie są prześladowani ze względów politycznych - czego właśnie w tym momencie doświadczają w Turcji Kurdowie. Dla Erdoğana zakwalifikowanie się do kategorii bezpiecznego kraju pochodzenia jest tryumfem, zwycięstwem jego autorytarnego sposobu rządzenia nad wartościami europejskimi. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca.

Nawet jeśli Turcja stała mi się obca, nie rezygnuję z niej. Za kilka tygodni lecę do Stambułu i mam przy tym mieszane uczucia. Z jednej strony ogarnia mnie radość z możliwości ponownego spacerowania po ulicach mojego ulubionego miasta. Z drugiej strony czuję strach - nie przeciwko możliwym atakom terrorystycznym, ale przed rezygnacją. Przed tym, że w Stambule nie poczuję już więcej ducha walki.