Społeczeństwo

Twarde narkotyki we Frankfurcie: antidotum znajduje się na ulicy

Artykuł opublikowany 28 października 2011
Artykuł opublikowany 28 października 2011
We Frankfurcie, w cieniu wielopiętrowych siedzib banków, znajduje się dzielnica wokół dworca, w której szerzy się narkomania i prostytucja. Każdego dnia jednak jest tam ktoś, kto chce to zmienić. To streetworkerzy, którzy pomagają i wysłuchują, zamiast oceniać.

„Przyjechałam tu dziesięć lat temu. Wcześniej pracowałam już jako streetworker z narkomanami i prostytutkami w Berlinie i Hamburgu. Myślałam, że nic nie może mnie już zaskoczyć. Później trafiłam do Frankfurtu, gdzie szybko zmieniłam zdanie”.

Dla streetworkera, Frankfurt to przede wszystkim Bahnhofsvierte, dzielnica wokół dworca, gdzie przebywa najwięcej narkomanów i prostytutek, a także cały mikroświatek, który się z nimi wiąże. W latach osiemdziesiątych Frankfurt, wraz z Amsterdamem, Hamburgiem i Zurychem, znajdował się w czołówce europejskich miast jeśli chodzi o narkomanię (a co za tym idzie rozpowszechnianie się HIV). Ale przodował również w tworzeniu nowych sposobów zajmowania się problemem, jakim były uzależnienia. Zurych wybrał podawanie tzw. „heroiny na koszt państwa”; Amsterdam postawił na legalizację miękkich narkotyków oraz na profilaktykę w szkołach, dzięki czemu obecnie szczyci się niższym odsetkiem osób zażywających narkotyki miękkie i twarde niż kraje, w których obowiązuje „tolerancja zero”. W Niemczech nawet 15 lat temu by móc otrzymać wsparcie, narkoman musiał zaaranżować spotkanie ze specjalistą od uzależnień, który mógł go zazwyczaj przyjąć po kilku tygodniach. Następnie powstały pierwsze programy pilotażowe, które obecnie skutkują dobrze rozwiniętą strukturą pomocy i wsparcia, opartą na pracy streetworkerów, zaufaniu i dyskrecji.

Streetworker to nie policjant

Streetworkerzy działają dyskretnie. Nie mogą ujawniać danych osobowych osób, którym udzielają pomocy, ani zgłosić ich na policję. Takie są zasady ulicy: stworzyć atmosferę zaufania i móc nawiązać szczerą relację między streetworkerem a potrzebującym. Veronika, która w swoim mieście w Czechach pracuje jako wolontariusz w centrum zajmującym się uzależnioną młodzieżą, z przerażeniem patrzy na nasze „rady”, szukając winy w naszym niepewnym niemiecko-angielsko-czeskim tłumaczeniu symultanicznym: „Ale moim obowiązkiem jest zgłosić taką osobę! Muszę powiedzieć policji, jeśli spotkam jakiegoś dilera!” - tłumaczy niemieckim streetworkerom, którzy kręcą głowami na znak dezaprobaty. Zaufanie przede wszystkim. „Co jakiś czas spotykam policjanta, który mówi mi, że wykonujemy właściwie tę samą pracę – mówi J., ogolona głowa, wytatuowane ramię, od piętnastu lat pracuje jako streetworker na ulicach Bahnhofsviertel – tłumaczę mu, że to wcale nieprawda, że nasza praca bardzo się różni”. Co miesiąc organizowane są spotkania między stowarzyszeniami, streetworkerami i policją, by przeanalizować i rozwiązać obecne problemy.

Jest taki bar, Café Fix, otwarty w 1990 roku, gdzie za symboliczną kwotę (1,50€) można zjeść ciepły posiłek, usiąść, oderwać się od życia na ulicy. Kiedy go mijam, obserwuję klientów - narkomanów, rozwalonych na stolikach, skulonych, albo przechodzących powoli, przygarbionych, wychudzonych przez nałóg, pozbawionych sił. W szklanej kapsule, której okna wychodzą na ulicę, jest jeden streetworker, który zbiera zużyte strzykawki i rozdaje nowe - opakowane. Nowa strzykawka za każdą zużytą. Frankfurt jest pierwszym miastem, które spróbowało rozdawać nowe, sterylne strzykawki, aby ograniczyć rozpowszechnianie się HIV i HCV, czyli wirusowego zapalenia wątroby typu C.

Spod prysznica do narkosali

Cafè Fix znajduje się na parterze kilkupiętrowego budynku na Moselstraße, gdzie oferuje się różne usługi: poza najogólniejszymi poradniami, znajdują się tam: oddział medyczny pełen dobrze wyposażonych ambulatoriów, do dyspozycji potrzebujących są sklepy z ubraniami second-hand oraz pomieszczenia z natryskami i produktami do higieny osobistej. Jest też ambulatorium przeznaczone do podawania metadonu oraz innych substancji wspomagających odwyk dla tych, którzy rozpoczęli terapię substytucyjną.

„Zabroniony jest tu każdy rodzaj handlu albo wymiany. Narkotyki trzeba mieć już ze sobą”

Kilka budynków dalej odwiedzamy tzw. „shooting room” („narkosalę”), jeden z ulubionych celów dobrotliwej polemiki włoskiej wobec domniemanego „laksyzmu” Północnej Europy. Ten, który odwiedzamy, otwarty jest każdego dnia od 11 do 23, ma piętnaście stanowisk, poczekalnię oraz pięciu pracowników jednocześnie. Dwóch pilnuje drzwi, jeden dogląda „sali”, a dwóch zarządza recepcją. „Podczas pierwszej wizyty należy się zarejestrować i przedstawić dokumenty” – tłumaczy kierownik. „Za każdym razem kiedy potrzebujący przyjdzie ponownie, sprawdzamy jego dane w komputerze. Pokazuje nam narkotyki, które ma ze sobą, dajemy mu specjalny zestaw i wpuszczamy na salę”. Zestaw zawiera strzykawkę, środek dezynfekujący, watę, łyżeczkę oraz inne przedmioty przydatne do przygotowania dawki. „Zabroniona jest tu jakakolwiek wymiana czy handel. Narkotyki trzeba mieć już ze sobą”. Żadnej heroiny od państwa. Chodzi zatem jedynie o zapewnienie warunków higieniczno-sanitarnych lepszych od tych, jakie panują na ulicy. W idealnym świecie nie potrzebowalibyśmy takich miejsc. Nie musielibyśmy też walczyć z uzależnieniami. Rzeczywistość jest jednak inna i przypomina tę z Bahnhofsviertel [z niem. ‘dzielnica wokół dworca’]. Ten kto myśli, że shooting roomy to jedynie moralne usprawiedliwienie pozwalające narkomanom na kontynuowanie nałogu za przyzwoleniem państwa, powinien przyjść i rzucić okiem na to, co się tu dzieje. Wtedy zrozumiałby, że nikt nie ma tu potrzeby znalezienia alibi. Uzależnienie to choroba, której nie da się zwalczyć jedynie siłą woli.

Dwa kroki od Europejskiego Banku Centralnego

Podczas gdy obserwujemy postępowanie narkomanów, prostytutek, streetworkerów i zwykłych ludzi, obok przejeżdża długi Mercedes z przyciemnianymi szybami. Podnosząc wzrok widzimy Main Tower i wieżowce Frankfurtu. Jesteśmy przecież w finansowym sercu Europy, a Europejski Bank Centralny znajduje się rzut beretem stąd. „Większość zgłaszających się do nas osób nie ma pracy, nie ma wykształcenia, nie skończyło szkoły, pochodzi z biednych rodzin. Najstarsi mają 60-65 lat. Jest ich jednak niewielu” – mówi J., nie spuszczając wzroku z ulicy. Ale nie myślcie sobie, że to jedyni narkomani we Frankfurcie. Jest mnóstwo osób, które każdego dnia podejmują ważne decyzje zawodowe i robią to pod wpływem narkotyków”.

Nie łatwo jest być streekworkerem w Bahnhofsviertel. Ulica jest pełna przemocy, pracy jest dużo, dochody są wiecznie za niskie. Satysfakcja i sukcesy nie są na porządku dziennym, ponieważ porzucenie nałogu nie jest prostą sprawą. J., spytany czy komuś się to udaje, odpowiedział „Komuś pewnie tak”.

Fot. główna (cc) itabe/flickr; tekst: Hauptbahnhof (cc) Nils Bremer/flickr