Społeczeństwo

Tylko 50 centów i w drogę: w Kosowie jeździ się fake taxi!

Artykuł opublikowany 1 czerwca 2011
Artykuł opublikowany 1 czerwca 2011
Jeden z lutowych dni w Prisztinie. Puste samochody zatrzymują się przy chodniku, a kierowcy pokazują umowne znaki, których policja nie rozpoznaje. Wszyscy rozumieją wiadomość, zainteresowani wsiadają do środka. Samochód odjeżdża jak gdyby nigdy nic. To nie jest kolejna historia o domach publicznych w Europie Wschodniej, ale zarys codziennego życia w powszedniej nielegalności w Kosowie.

Prisztina leży w klimacie kontynentalnym, więc spacerując ulicami miasta w zimie, każdy marzy o Bahamach. Razem z moim chłopakiem Ardianem jestem w Luan Haradinaj, centrum największego chaosu Prisztiny. Czekamy na taksówkę, żeby pojechać do ETC, które podobno jest największym centrum handlowym w Kosowie. Miasto wydaje się jeszcze zaspane i leniwe, ludzie w milczeniu gromadzą się na ulicy i wszędzie wyczuwa się pewien rodzaj marazmu.

Porządkowe służby miejskie wolno przejeżdżają obok przechodniów. Stary, rozpadający się Volkswagen Golf 2, zatrzymuje się przy chodniku, następny podjeżdża Opel Vectra, a potem dwa kolejne samochody. Zanurzona w tym ogólnym otępieniu, nagle dostrzegam coś zaskakującego. Kierowcy niektórych samochodów gromadzą sie w pobliżu przechodniów, stojących jeszcze na chodniku. Następnie jeden z nich wyjmuje białą kartkę z dużym, czerwonym numerem. Ludzie kontrolują cyfrę pokazaną przez kierowcę, niektórzy wsiadają i samochód odjeżdża. „Co oni robią?”, pytam Ardiana, „Wsiadają do taksówki”, odpowiada poważnie. „Numer jeden, to nasz, wsiadamy!”.

W taksówce

Ponaglona ze znaczącym impetem, również znalazłam się w środku jednego z tych podejrzanych pojazdów. W środku siedzą już dwie dziewczyny, zamykamy więc drzwi, wówczas jakaś romska kobieta z dzieckiem na ręku zaczyna gestykulować i mówić coś pełna nadziei. Kierowca zdecydowanie odmawia i odjeżdżamy. Podczas całej podróży wszyscy milczeli, tak jakby między pasażerami było jakieś ciche porozumienie: mają jakiś sekret, o którym ja nie mam pojęcia.

„Taksówki w Kosowie nie są specjalnie oznaczone, nie mają numerów na bokach i taksometrów?” „Tylko te oficjalne”, uśmiecha się Ardian, „To jest fake taxi. Ludzie wolą nimi jeździć. Są nielegalne, ale płacisz 50 centów i możesz dojechać nawet na drugą stronę miasta”. . Oto i cała tajemnica. Spoglądam ukradkiem na faceta za kierownicą, około 35 lat, pali papierosa. „A skąd taksówkarz wie, gdzie kto jedzie, skoro nikt nic nie mówi?”. Obserwuję kierowcę w lusterku. „Jeśli osoba, która weszła przed tobą, jedzie w zupełnie inną stronę, musisz czekać na swoją kolej?”. Istnieją ustalone trasy. Każdy taksówkarz pokazuje numer trasy, którą jedzie. Wszyscy już wiedzą, że numer 1 jedzie poza miasto, do miejscowości Fushë Kosovë, numer 2 jeździ po całym centrum, a 3 dojeżdża do szpitala. Kiedy wsiadasz, wiesz już w jakim jedziesz kierunku, a kiedy chcesz wysiąść po prostu dajesz znak, taksówka się zatrzymuje, a ty płacisz swoje 50 centów”.

Dobrze przemyślany system

Uśmiecham się do siebie i myślę, że to bez wątpienia geniusze. Nawet w moim Neapolu nie robi się podobnych rzeczy. Może w przeszłości ktoś próbował, ale to było raczej liczenie na łut szczęścia, podczas gdy tutaj istnieje przemyślany w najmniejszych szczegółach system. „A co się dzieje, jeśli zostaną zatrzymani?”, dociekam. „Zdarza się. Muszą być bardzo ostrożni. Któregoś razu wsiadłem do fake taxi, a kierowca powiedział: »Słuchaj, jeśli zatrzyma nas policja, nazywam się Nuhi i jesteśmy znajomymi«” (śmiech). System istnieje od dawna, od końca 2006 r., a policja wielu już zatrzymała. „Zazwyczaj zabierają prawo jazdy i dają mandat, ale na pewno dogadują się też między sobą i znajdują sposób, żeby ominąć przepisy”. Mimo tego, jeden ze starszych kierowców powiedział mi kiedyś, że dostał już sześć mandatów i że żadnego nie zapłacił. Wiem jednak, jak bardzo się boją, ostatnio zauważyłem, że niektórzy zamiast pokazywać numer, ograniczają się do szybkiego znaku palcami (»jeden«, »dwa« lub »trzy«) i ludzie to rozumieją”.

Poczytaj o Kosowie na cafebabel.pl

„Jesteś Albańczykiem?”. Ku mojemu zdziwieniu kierowca przerywa nam i zwraca się do Ardiana. Wydaje się zaciekawiony faktem, że rozmawiamy po angielsku. Pewnie nie pracował z wieloma turystami. „Tak, jestem Albańczykiem” (tzn. kosowskim Albańczykiem). „A pani, skąd jest?” „Unë jam italiane, dhe nuk flasë ship!” (Jestem Włoszką i nie mówię po albańsku!) Mówię szybko, żeby go rozbawić. Niestety nie mówię po albańsku, ale chciałabym, dodaję potem do siebie. Żeby móc rozmawiać z ludźmi i chwytać niuanse językowe, żeby zrozumieć wszystko, co jeszcze jest dla mnie nowe, modus vivendi, który nie jest mój. Próbuję i mimo że jestem tu dopiero od kilku dni, doświadczyłam już problemu z wodą, której brakuje w określonych godzinach dnia, i prądem, którego nie ma o siódmej wieczorem i często długo trzeba czekać, zanim się pojawi.

Życie jest jakie jest, ale nikt nie traci nadziei.

Kosowianie, którzy biorą fake taxi, żeby zrobić zakupy w ETC, to ci sami, którzy przywitali nowe milenium wśród ruin i unoszącego się w powietrzu kurzu. Niosą ze sobą trudne dzieciństwo i ciężko wypracowane pewniki dorosłego życia. Wydarzenia takie jak wojna nigdy cię nie opuszczą, czy tego chcesz, czy nie. Wspomnienia prześladują cię niczym zjawy i wciąż sprawiają, że budzisz się w nocy przerażony.A jednak... się kręci. Wolno, niczym raczkujące dziecko, ale do przodu. Po dwóch latach obraz po masakrze zmienił oblicze, widać to na każdej ulicy, są bary, jest uniwersytet; pobrzmiewa echo słów: niepodległość, wolność, duma, nadzieja. Można zacząć nową opowieść, która zaczyna się od Kosowianina wsiadającego do taksówki. „Dzień dobry, dokąd jedziemy?” „Do Europy, proszę”.

Fot. © Ezequiel Scagnetti