Społeczeństwo

Uchodźcy i bezdomni w Budapeszcie: na tym samym wózku

Artykuł opublikowany 4 listopada 2015
Artykuł opublikowany 4 listopada 2015

Szacuje się, że obecnie ponad 306 tys. uchodźców przekroczyło granicę Węgier, a dla większości z nich Budapeszt stanowił przystanek po drodze na zachód Europy. I choć wielu miejscowych deklaruje chęć pomocy przybyszom, politycy są nieugięci. Często słyszy się, że imigranci liczą tylko na zapomogi z opieki społecznej, zaś ich obecność może doprowadzić do konfliktu z bezdomnymi. Ile w tym prawdy?

Na budapeszteńskim dworcu Keleti nie ma już śladu po uchodźcach, którzy nie tak dawno przybyli do węgierskiej stolicy przez Serbię i Chorwację i to stąd planują ruszyć w głąb Europy. Na opuszczone wygląda również biuro organizacji pozarządowej Migration Aid zajmującej się pomaganiem nielegalnym imigrantom. Za szybą widać jedynie ekipy porządkowe.

Prowizoryczny obóz na dworcu, który latem zapewniał dziesiątkom tysięcy uchodźców tymczasowe schronienie, zniknął na początku września, zaraz po tym, jak rząd premiera Viktora Orbàna wprowadził ustawę zaostrzającą prawo imigracyjne. Dziś za „nielegalne przekroczenie granicy” może grozić kara trzech lat więzienia, natomiast na granicy węgiersko-chorwackiej stoi nowy mur, który ma na celu powstrzymywanie napływu kolejnych uchodźców. Pomimo tego, tuż po wybuchu kryzysu imigracyjnego, na dworcu Keleti schronienie znalazła jeszcze jedna grupa, mianowicie miejscowi bezdomni. Według danych opublikowanych przez Europejską Federację Organizacji Pracujących na rzecz Ludzi Bezdomnych (FEANTSA) może ich tu być nawet 9 tys. W pewnym sensie zarówno bezdomni, jak i uchodźcy „jadą na tym samym wózku”, jako że wymierzone przeciwko nim działania Orbàna coraz bardziej się zaostrzają. Przykład? 11 marca 2013 r. węgierski rząd przegłosował czwartą poprawkę do konstytucji; zgodnie z jej treścią, od tamtej pory bezdomność stała się nielegalna, a stałe „przebywanie” w niektórych publicznych miejscach może być przyczyną wszczęcia postępowania sądowego.

Schronienie dla każdego

Siedziba Budapest Methodological Centre of Social Policy and Its Institutions (BMSZKI) (węgierska organizacja zajmująca się niesieniem pomocy bezdomnym, przyp. tłum) znajduje się zaledwie dziesięć minut drogi od dworca. I chociaż z zewnątrz budynek wygląda na stary, wewnątrz przypomina raczej szpital: sterylny, z wysokimi pobielonymi murami. Wobec tego nie sposób uznać go na przyjazny najbardziej potrzebującym. Do tego wszystkiego mało kto chce tu rozmawiać z obcymi. Niemniej jednak, miejskie schronisko dla bezdomnych daje im choć cień nadziei na lepszą przyszłość. Poza wspólnymi pokojami zajmowanymi przez najuboższych jest tu też skrzydło, w którym mieszkają osoby niepełnosprawne, a także specjalny pokój dla głuchoniemych. Rezyduje w nim tylko jedna osoba; zresztą wygląda jakby niedawno przyjechała i najwyraźniej wciąż czuje się tu nieswojo.

Bernadett idzie w kierunku swojego biura, w którym piętrzą się stosy wszelkiego rodzaju papierów i dokumentów. Tym samym zwalnia kanapę przeznaczoną dla gości, a Dalma, jej asystentka, proponuje nam kawę. Kiedy pracownica opieki społecznej wreszcie zajmuje miejsce naprzeciwko mnie, od razu wygląda na bardziej zrelaksowaną. Cichym głosem zaczyna opowiadać mi o sytuacji budapeszteńskich uchodźców; zna ją doskonale, bowiem w BMSZKI pracuje już od 13 lat.

„Od momentu zdelegalizowania bezdomności, tak naprawdę to w naszej dzielnicy policja zaczęła karać ludzi żyjących na ulicy. Nie byli to nawet „stali bywalcy”, ale także ci, którzy najzwyczajniej w świecie zatrzymali się tam tylko na jakiś czas. Wobec tego otworzyliśmy ogród na tyłach naszego budynku, żeby umożliwić im rozbicie tymczasowego obozu w miejscu, które nie jest publiczne” – tłumaczy Dalma. Kiedy wracamy do tematu kryzysu imigracyjnego, który tego lata wybuchł w Europie, moja rozmówczyni uśmiecha się znacząco i dodaje: „To naprawdę było coś niezwykłego”. Jako że uchodźcy przyjeżdżali do Budapesztu całymi grupami, organizacja Migration Aid zwróciła się do BMSZKI z pytaniem, czy byliby w stanie przyjąć imigrantów i zorganizować im dzienną opiekę, tj. zapewnić miejsce, w którym ci mogliby przenocować, wziąć prysznic i podładować telefony komórkowe. Jak wyjaśnia Bernadett: „wolontariusze Migration Aid przywieźli ich tu prosto z dworca. Na początku każdego dnia z naszej pomocy miało korzystać ok. 50 osób. W szczytowym momencie naszej działalności było ich jednak siedem razy więcej. Dodatkowo latem, kiedy w mieście pojawiła się duża liczba uchodźców, pomoc zapewniliśmy łącznie 8,3 tys. osób”.

Pomniejsze incydenty

Bernadett lubi podkreślać, że bezdomni zrobili wszystko, by imigranci poczuli się w Budapeszcie jak u siebie, nawet jeśli dla tych pierwszych było to niezwykle trudne: głównie z uwagi na konieczność dzielenia przestrzeni z tak wieloma ludźmi, także dziećmi, jednocześnie. Na potwierdzenie dodaje: „czasami rodzice musieli zostawiać dzieci na kilka godzin, nikogo wcześniej nie uprzedzając. Wówczas zawsze ktoś z bezdomnych oferował swoją pomoc i się nimi zajmował”. Do tego żaden z nich nie protestował, kiedy w pracowni komputerowej spontanicznie zaaranżowano tymczasowy pokój wspólny dla imigrantów. Owszem, zaistniały pomniejsze incydenty, tak jak wtedy, kiedy bezdomni widzieli to wszystko, co uchodźcy dostali za darmo, a ich samych w pewien sposób pomijano przy dystrybucji żywności. Przykładowo, przybysze dostawali darmowe posiłki, podczas gdy bezdomni sami musieli za nie zapłacić. „Bywało nawet, że dojadali resztki pozostawione przez imigrantów” – mówi Bernadett.

Niemniej jednak, nie wszędzie ośrodki dla bezdomnych tak ciepło powitały falę przybyszów z Bliskiego Wschodu. W biurze organizacji A Varos Mindenkie (dosłownie: „miasto należy do wszystkich”, red.), zajmującej się pomaganiem ludziom mieszkającym na ulicy, spotykam wielu aktywistów, którzy chcą wypowiedzieć się na ten temat. Wśród nich jest Tompa, który w wielu chwilach swojego życia był zmuszony żyć na ulicy. Poważnieje, kiedy opowiada (Tompa płynnie mówi po niemiecku) o  tym, że z dużą dozą sceptycyzmu obserwuje masowy napływ imigrantów. „Bezrobocie na Węgrzech jest bardzo wysokie – w niektórych wioskach na wschodzie kraju sięga blisko 100%. I niby jak tacy ludzie mają sobie poradzić, jeśli zamieszka tam grupa uchodźców? Dla mnie najpoważniejszym problemem jest fakt, że nawet nie wiem kim są ci ludzie. Wielu z nich nie ma ze sobą dokumentów. Ja też mogę powiedzieć, że jestem z Syrii – no bo kto niby to sprawdzi?”

Jednakże nikt nie chce (oficjalnie) przyznać, jakoby między tymi dwiema grupami istniała jakakolwiek rywalizacja. Gabor, aktywista na rzecz A Varos Mindenkie, który sam jest bezdomny, zaprzecza: „z imigrantami nie jest nam ani lepiej, ani gorzej. Chyba bardziej rywalizowały ze sobą tylko organizacje pozarządowe, jako że nie mogły dojść do żadnego porozumienia”. Przyznaje natomiast, że wśród bezdomnych czasem słychać było narzekania, głównie kiedy nie dostali jedzenia za darmo, a imigranci już tak. Do tego nie mogli dłużej mieszkać w domach, które powstały przecież dla nich, a w których ulokowano przybyszów z południa.

Mimo tego wszystkiego nadal jest nadzieja, że na Węgrzech uda się rozwiązać nawarstwiające się problemy społeczne, a dać ją może pewna para, którą zauważam w przytułku dla bezdomnych na ulicy Alföldi w Budapeszcie. Jak mówi mi Dalma, jeden z mężczyzn, którego uznałam za uchodźcę na samym początku mojej wizyty w schronisku, odwiedza swoją mieszkającą tu dziewczynę tak często, jak tylko jest to możliwe. Władze Węgier mogłyby nauczyć się od nich, w jaki sposób doceniać różnorodność kulturową i społeczną zamiast po prostu je tłamsić. Niestety, w dzisiejszej rzeczywistości historia tej pary stanowi raczej wyjątek od reguły.

+++

Ten reportaż z Budapesztu jest częścią projektu EUtoo, który przedstawia alternatywne style życia młodych Europejczyków rozczarowanych współczesną rzeczywistością. Projekt jest finansowany przez Komisję Europejską.