Społeczeństwo

W czeskich knajpach jeszcze dymi

Artykuł opublikowany 7 lutego 2008
Artykuł opublikowany 7 lutego 2008
Zakaz palenia, który został wprowadzony w wielu europejskich państwach członkowskich, będzie niedługo obejmować również czeskie knajpy. Praskie lobby niepalących zwiększa nacisk na siwy dym.

Kto ze zwiedzający Pragę ich nie lubi? Zadymione knajpy, w których piwo stoi na stole zanim się przy nim usadowiło na dobre. Zazwyczaj w tych miejscach można ciąć powietrze. Dla większości Czechów papieros jest do piwa niezbędny, nawet jeśli lobby niepalących w dalekiej Brukseli czy też reszta Europy myśli inaczej. Czeska knajpa jest dla palących wysepką szczęścia. Jednak teraz grozi także Czechom koniec wolności: frakcja niepalących w Praskim parlamencie podjęła nową próbę zakazu palenia w knajpach.

Gdyby przeszedł wniosek komisji zdrowia, miałoby to również wpływ na palaczy z Niemiec, którzy ostatnio w większej liczbie najeżdzają na czeskie knajpy. Przybyło szczególnie gości z Bawarii, gdzie od 01. stycznia 2008 panuje całkowity zakaz palenia. W czeskich restauracjach mogą bez przeszkód puszczać dymek w powietrze, żaden zakaz ich nie ogranicza. Gospodarze donoszą, że Niemcy już przy wejściu na wszelki wypadek pytają, czy tu palenie jest dozwolone. Właściciele knajp się cieszą, bo zagraniczni goście to większy zysk. Gdyby zakaz wszedł w życie, pociągnęli by sprawę ze względu na lęk przed utratą dochodów na pewno przed trybunał konstytucyjny.

Wolność prawna według uznania

W sprawach zdrowotnych rozważni prascy posłowie starają się od dawna o zamknięcie na dobre jaskiń pełnych dymu. Jak dotychczas przegrywali za każdym razem, a do tego z kretesem. Szczególnie największa siła rządowa, Obywatelska Partia Demokratyczna (ODS) uważa, iż zakaz palenia stanowi niedozwoloną ingerencję w prawa osobiste i wolność obywateli. Każdy właściciel knajpy interpretuje wolność prawną według własnego uznania. Tam, gdzie kładzie popielniczkę na stół, można palić. Dobrze mają właściciele, którzy posiadają drugie pomieszczenie. W wielu wypadkach zamienia się w pomieszczenie dla niepalących. Jest bardzo łatwe do rozpoznania: po prostu brak tam popielniczek na stołach.

Przy czym nie jest tak, że czescy palacze byliby wyjątkowo krnąbrni. Bez słowa akceptują, że w w ciągu dnia fajki muszą pozostać w opakowaniu. Ale po pracy chcą sobie popalić. Prawie nikomu to nie przeszkadza. Czesi okazują się w tej sprawie po raz kolejny bardzo tolerancyjnymi ludźmi. Choć większość popierałaby zakaz palenia w restauracjach. Jednak niechęć niepalących wobec palaczy ma swoje granice. Sprawa wygląda trochę inaczej w miejscu pracy. W większości biur panuje zakaz palenia. Palacze zbierają się kolektywnie przed drzwiami wokół tam zamontowanych popielniczek, a gdy ma się do czynienia z bardzo surowym pracodawcą, muszą odpracować przepalony czas. Jednak tutaj często się przymyka oko.

Kopcąc na pograniczu

Jak skuteczny jest dotychczasowy zakaz palenia w miejscach publicznych, można zaobserwować na przestankach autobusowych i tramwajowych. Gdy widać policję, która może wypisać mandat, ludzie od razu wyrzucają niedopałki. Lecz gdy samochód policyjny znika za rogiem, zapala się następnego. Bardzo sprytni palacze po prostu kopcą tuż na pograniczu rejonu przystanku. Po wprowadzeniu zakazu palenia prowadzono o jego obszarze zarówno żywą jak i zabawną debatę.

Komentatorzy są wprawdzie pewni, że zakaz palenia w knajpach w końcu również zostanie wprowadzony, lecz ostrzegają aby nie przesadzać. Jeśli parlament przekona się do ogólnego zakazu palenia, może to się źle skończyć. W tym wypadku mógłby niżej spaść próg tolerancji wobec przekroczeń już istniejących zakazów jak na przykład na wyżej wymienionych przystankach transportu publicznego. Komentatorzy wiedzą z kim mają do czynienia. Czech, jasna sprawa, nie należy do gatunku, który lubi zarządzenia "z góry".