Społeczeństwo

W samotności na Dachu Azji Centralnej

Artykuł opublikowany 27 listopada 2006
Artykuł opublikowany 27 listopada 2006
23-letni Szarchanbek jest pasterzem na zielonych halach kirgiskich. W pięknym kinowym krajobrazie ten kirgiski kowboj żyje jakby poza światem.

Zdecydowanym galopem, Szarchanbek zbliża się ku górom, otaczającym stary karawanseraj. Gwiżdże suchy i zimny wiatr. Świeci palące słońce. W tym dziewiczym, zakonserwowanym ciszą świecie, życie jest często podobne do walki o przeżycie, między burzami śnieżnymi i ogromną niegościnnością krajobrazu.

Kirigistan jest często nazywany "małą Szwajcarią Azji Centralnej". Ze względu na wspaniałe góry przypominające Alpy i przejrzyste wysokogórskie jeziora oraz prawdopodobnie dlatego, że kraj ten przez długi czas był najbardziej demokratycznym krajem Azji Centralnej. Jednakże życie codzienne Kirgizów pozostaje bardzo dalekie od codzienności Szwajcarów, mimo słynnej "tulipanowej rewolucji" z marca 2005, która doprowadziła do końca prezydentury Askara Akajewa, wiele rzeczy nie zmieniło się na lepsze.

Dwa lata temu Szarchanbek zdecydował się porzucić swoją pracę na stołecznym bazarze "Dordoj", opuścił Biszkek i zamieszkał w dziewiczej dolinie Tash Rabat. Wolę pracować tutaj, za nic w świecie nie wróciłbym do Biszkeku. Zaczynał od opieki nad zwierzętami swojego ojca, obecnie ma 200 jaków, ponad 250 baranów i 10 krów dla mleka, masła, śmietany i mięsa.

Wyczerpująca praca

Jaki, barany i krowy należące do Szarchanbeka, pasą się spokojnie korzystając z pierwszych tej wiosny źdźbeł trawy, co dopiero wyłaniających spod ostatnich płatków śniegu. Śnieg pokrywa dolinę przez siedem miesięcy w ciągu roku. Każdego ranka, pasterz dogląda wszystkie swoje zwierzęta: sprawdza czy nie oddalają się za daleko i czy nie są ranne. Wiosną - w okresie narodzin nowych zwierząt - opieka nad samicami i ich nowo narodzonym potomstwem wymaga szczególnego wysiłku.

Zajmowanie się 450 zwierzętami nie jest sprawą prostą dla jednego człowieka. Między dojeniem krów, opatrywaniem rannych zwierząt, strzyżeniem wełny nie pozostaje dużo czasu na odpoczynek... Szarchanbek nie ma nigdy urlopu. Przy -45º C zimą i 40º C latem, żyje w swoim małym domku z gliny: dwa pokoje bez bieżącej wody ani elektryczności. Jedynie mało radio na baterie dotrzymuje mu towarzystwa. Pod piecykiem, w którym pali się mieszanka gnoju, nawozu i ziemi, śpią trzy psy.

Czasami w niedzielę pasterz schodzi z gór i udaje się na oddalony o 4 godziny jazdy samochodem targ bydła do Narynia, głównego miasta na południu kraju. Często spotyka tam Talara i Esengula - dwójkę sąsiadów i jednocześnie przyjaciół w tym samym wieku co Szarchanbek. Razem palą papierosy i rozmawiają o najnowszych plotkach dochodzących z miasta do ich doliny.

MTV w Kirigistanie

Mimo ekstremalnych warunków Szarchanbek kocha swoją pracę. Wyliczając ceny swoich zwierząt, jego twarz naznaczona chłodnym wiatrem i palącym słońcem ożywia się a na jego spękanych wargach pojawia się uśmiech. Kiedy jak osiągnie wagę 250 kilogramów, można będzie go sprzedać za 300 dolarów. Wyhodowanie i sprzedaż 200 jaków może przynieść dużo pieniędzy.

Kiedy sprzedaję zwierzę, zatrzymuję część pieniędzy, idę wtedy na kawę i czasami do dyskoteki ale nie zostaję tam długo, wolę spędzać czas u siebie. Trudno jest wyobrazić sobie dyskotekę w tym dzikim krajobrazie. Jednak normy obyczajowe są w Biszkeku bardziej liberalne niż w sąsiednich stolicach: nowoczesna infrastruktura, dziewczyny w krótkich spódnicach palące papierosy na ulicach, kultura MTV i pary całujące się publicznie. Wpływ imigrantów rosyjskich w kwestii antykoncepcji i wolnych związków jest zauważalny, tak jak i religijne praktyki szamanów.

Chociaż stolica jest oddalona od domu Szarchanbek o dzień drogi samochodem, jest prawdą, jak mówi wielu, iż Kirigizowe, naród koczowników liczący prawie 80 grup etnicznych, są najbardziej otwartym i gościnnym narodem w Azji Centralnej.

Podczas swojego ostatniego wyjazdu do miasta Szarchanbek kupił sobie parę rosyjskich spodni ogrodniczek za 50 dolarów, które dumnie teraz nosi. Jednak nagle przyjmuje smutny wyraz twarzy, nie dlatego, że tęskni za dynamicznym życiem w stolicy ale ciąży mu nieobecność młodych kobiet. Czasami jest ciężko, zwierza się.

Z miesiąca na miesiąc dolina jest zajmowana przez jurty rodzin przybyłych z Narynia, Kara-Suu i At-Baszy, które wyprowadzają bydło na pastwiska przez całe lato. Z rodzinami, które tu przybywają, jest tylko 5 młodych kobiet, w tym jedna moja, przyznaje z uśmiechem na twarzy. Nawet jeśli wie jak będzie mu trudno wziąć z nią ślub i przekonać ją do życia w dolinie przez cały rok. To nie jest praca, to moje życie. Kocham góry, kocham moje zwierzęta i kocham słońce. Dlaczego miałbym się stąd wynieść? Czy nie jest tu dobrze?