Społeczeństwo

Witaj w Pentagonie - mitycznej ćpalni Bratysławy

Artykuł opublikowany 11 lipca 2014
Artykuł opublikowany 11 lipca 2014

Piękno każdego miasta polega na tym, że prócz turystycznych arterii znajdziesz w nim „miejsca, gdzie jest lepiej chodzić z nożem”, wymazywane z przewodników i pocztówek. Vrakuński Pentagon, mityczne gniazdo dilerów i narkomanów, przez wiele lat był szpecącą blizną na policzku Bratysławy. Pojechałam sprawdzić jak dziś wygląda zniesławiony narkotykowy supermarket stolicy Słowacji

Przed wy­pra­wą wkła­dam do torby dwie pacz­ki Ca­me­li - mam za­miar czę­sto­wać nimi nar­ko­ma­nów, gdy będą mi opo­wia­da­li o swoim życiu. Mło­dzi dzien­ni­ka­rze by­wa­ją ro­man­tycz­ni, a ja nie wiem jesz­cze, że he­ro­ini­ści z Pen­ta­go­nu nie są tak przy­jaź­ni, jak war­szaw­scy squ­at­ter­si z Fok­sal, z któ­ry­mi z fa­tal­nym skut­kiem zbra­tał się kie­dyś Ce­za­ry Ci­szew­ski.

Tomáš, czło­nek na­szej ekipy lo­kal­nej, który obie­cał do­trzy­mać mi to­wa­rzy­stwa pod­czas wy­pra­wy, do ostat­nie­go mo­men­tu ma na­dzie­ję, że zmie­nię zda­nie i zre­zy­gnu­ję z wi­zy­ty we Vra­kuń­skim Pen­ta­go­nie. Gdy dzwo­nię do niego rano, po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki sły­szę: „a więc nadal chcesz tam je­chać? Nie prze­szka­dza Ci deszcz?” Nic mi nie prze­szka­dza.

Bra­ty­sła­wa to nie­wiel­kie mia­sto i choć Vrakuňa po­ło­żo­na jest za­le­d­wie 20 minut tro­lej­bu­sem od cen­trum, mam wra­że­nie, że jadę na głę­bo­kie przed­mie­ścia. Kra­jo­braz zmie­nia się stop­nio­wo - sło­wac­kie pięk­ne bu­dyn­ki za­czy­na­ją ustę­po­wać miej­sca roz­le­głym par­kin­gom, warsz­ta­tom sa­mo­cho­do­wym i su­per­mar­ke­tom. Na miej­scu, wbrew moim ocze­ki­wa­niom, nie za­sta­ję jed­nak slum­su, lecz post-ko­mu­ni­stycz­ne, acz cał­kiem schlud­ne osie­dle miesz­ka­nio­we. Na przy­stan­ku To­ry­ska czeka już na mnie Tomáš, który, gdy mnie widzi, od razu wska­zu­je pal­cem na od­róż­nia­ją­cy się od in­nych bu­dy­nek. A więc to jest Pen­ta­gon. Szary krzyk po­śród ko­lo­ro­we­go jak przed­szko­le osie­dla, ta­tu­aż z błe­dem na ra­mie­niu Vrakuňy. Ogrom sza­re­go be­to­nu przy­tła­cza jak wy­so­ka go­rącz­ka, a skrzy­dło­wy układ bu­dyn­ku po­wo­du­je wra­że­nie, że za chwi­lę za­mknie cię on w sobie jak owa­do­żer­ny kwiat. Ścia­ny pstrzą białe ta­le­rze anten sa­te­li­tar­nych, tchnie­nie ilu­zo­rycz­ne­go po­strans­for­ma­cyj­ne­go do­bro­by­tu. Z nie­któ­rych pu­stych oczo­do­łów okien wy­zie­ra­ją dykty i kar­to­ny, w in­nych suszą się dzie­cię­ce ubran­ka. Już nas za­uwa­żo­no. Skóra marsz­czy nam się od bacz­nych spoj­rzeń ty­sią­ca oczu - nie­wi­dzial­nych, lecz ostrych jak igły.

„HE­RO­INA? ŚMIA­ŁO, CZWAR­TE PIĘ­TRO I W PRAWO”

Pro­ble­my w Pen­ta­go­nie za­czę­ły się po upad­ku ko­mu­ni­zmu, gdy po­miesz­cze­nia prze­szły w ręce pry­wat­nych wła­ści­cie­li. Po­nie­waż wśród kup­ców było wielu di­le­rów, nie­gdy­siej­szy aka­de­mik z cza­sem za­mie­nił się w naj­więk­szy su­per­mar­ket z twar­dy­mi nar­ko­ty­ka­mi w Bra­ty­sła­wie. We­dług Mi­la­na Čupki, który w 2010 roku na­pi­sał dla Pra­vdy re­por­taż o Pen­ta­go­nie, w bu­dyn­ku były pię­tra, w któ­rych na osiem miesz­kań w trzech były di­ler­nie o prze­pu­sto­wo­ści ponad pięć­dzie­się­ciu klien­tów dzien­nie. Do dziś wśród klien­tów są tacy, któ­rzy biorą na wynos, nie bra­ku­je jed­nak rów­nież tych, któ­rzy kon­su­mu­ją he­le­nę na miej­scu i go­dzi­na­mi za­le­ga­ją na klat­kach scho­do­wych. Pen­ta­goń­skie skle­py z to­wa­rem to po­dob­no biz­ne­sy ro­dzin­ne, więc nawet jeśli jedna osoba trafi do wię­zie­nia, resz­ta dba o to, by nie było przerw w do­sta­wach. Nie­któ­rzy tu­tej­si han­dla­rze za­pew­ni­li sobie nie­ty­kal­ność za­miesz­ku­jąc z oso­ba­mi nie­peł­no­spraw­ny­mi, któ­rych mia­sto nie ma prawa usu­nąć z bu­dyn­ku.

Na pierw­szy rzut oka mamy wra­że­nie, że na po­ro­śnię­tym trawą roz­le­głym dzie­dziń­cu Pen­ta­go­nu urzą­dzo­no wiel­ki są­siedz­ki pik­nik. Gdy jed­nak pod­cho­dzi­my bli­żej, zda­je­my sobie spra­wę, że na ko­cach leżą nie­przy­tom­ni lu­dzie, a ci, któ­rzy sie­dzą, wła­śnie szu­ka­ją sobie żył, żeby się wkłuć. Obok jed­ne­go z drzew ro­śnie pięk­ny kwit­ną­cy krzew róży. W jego cie­niu leży po­grą­żo­na w he­ro­ino­wym le­tar­gu około czter­dzie­sto­let­nia ko­bie­ta. Uno­szą­cy się w po­wie­trzu fetor moczu otula bu­dy­nek azo­to­wą chmu­rą. W za­ła­ma­niu jed­naj ze ścian widzę niszę i chcę spraw­dzić, co tam jest i zanim Tomáš mnie po­wstrzy­mu­ję, wkra­czam w ot­chłań pie­kła pełną strzy­ka­wek i ludz­kich eks­kre­men­tów.

Igły i ar­gen­tyń­skie tanga

W pię­cio­kąt­nej hań­bie Vrakuňy oprócz nar­ko­ma­nów i di­le­rów miesz­ka­ją jed­nak rów­nież bar­dziej tra­dy­cyj­ni przed­sta­wi­cie­le spo­łe­czeń­stwa. Na par­kin­gu przy dzie­dziń­cu wi­dzi­my ro­dzi­nę wy­pa­ko­wu­ją­cą za­ku­py z sa­mo­cho­du i star­szą panią wy­no­szą­cą śmie­ci. W jed­nym z okien sie­dzi oj­ciec z około dwu­let­nim dziec­kiem. Z in­ne­go do­bie­ga mu­zy­ka, może nawet tanga ar­gen­tyń­skie. To jed­nak nie ci miesz­kań­cy kom­plek­su naj­bar­dziej rzu­ca­ją się w oczy. Za jed­nym z rogów Pen­ta­go­nu ćpuny roz­pra­co­wu­ją po­zo­sta­wio­ne przez kogoś meble. Z umy­wal­ką pój­dzie się na skup złomu. Deski się sprze­da. Jeden z męż­czyzn ner­wo­wo szar­pie drzwi kre­den­su, które nie chcą się otwo­rzyć. Gdy przy­glą­dam mu się z bli­ska, widzę wy­sta­ją­ce spod topu brud­ne ra­miącz­ko sta­ni­ka. To nie męż­czy­zna, to ko­bie­ta. Wszy­scy troje są czymś wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­ni, po­sta­na­wia­my nie gapić się osten­ta­cyj­nie i się od­da­lić. Pen­ta­goń­scy nar­ko­ma­ni są ubra­ni tak, jakby nadal żyli w po­przed­niej epoce. Czap­ki z dasz­kiem. Bluzy po­prze­wią­zy­wa­ne w pasie. T-shir­ty z Rambo, Mysz­ką Miki, Uni­ver­si­ty of Okla­ho­ma i Hello Kitty. Roz­czu­la mnie to na mo­ment.

Chce­my po­roz­ma­wiać z miesz­kań­ca­mi Pen­ta­go­nu, ale naj­wy­raź­niej nasze pole ma­gne­tycz­ne ich od­py­cha. Po dłu­gich po­szu­ki­wa­niach na­ty­ka­my się na dwóch mło­dych par­kin­go­wych wy­sta­wa­czy. Pro­szę Tomáša, żeby za­py­tał ich po sło­wac­ku o mity zwią­za­ne z Pen­ta­go­nem. Mówią, że kie­dyś było tu strasz­nie i nie­bez­piecz­nie, ale dziś jest już le­piej. Naj­gor­sze były walki ulicz­ne. Py­ta­my o su­per­mar­ket nar­ko­ty­ko­wy. Od­po­wia­da­ją, że jak chce­my kupić twar­de nar­ko­ty­ki, to tra­fi­li­śmy ide­al­nie. „I co” - py­ta­my – „to praw­da, że tam miesz­ka­ją tylko di­le­rzy i ćpuny? My wi­dzie­li­śmy też nor­mal­nych ludzi”. „Pół na pół” – mówią oni. „Po­ło­wa bu­dyn­ku za­miesz­ka­na jest przez ro­dzi­ny, które płacą czynsz, po­ło­wa przez ćpu­nów, któ­rzy nie tylko czyn­szu nie płacą, ale srają na chod­ni­kach”. I co, mia­sto nic z tym nie robi? Nie wie­dzą.

Sło­wac­ka stro­na in­ter­ne­tu po­da­je in­for­ma­cje, że wła­dze Vrakuňy pod­ję­ły licz­ne ini­cja­ty­wy ma­ją­ce na celu po­pra­wę sy­tu­acji w Pen­ta­go­nie. W ra­mach jed­nej z nich pra­cow­ni­cy so­cjal­ni zbie­ra­li igły i strzy­kaw­ki, by oko­licz­ne dzie­ci się nie po­kłu­ły. Wszyst­ko to znacz­nie po­pra­wi­ło bez­pie­czeń­stwo na ze­wnątrz bu­dyn­ku, zmniej­szy­ło licz­bę bójek i strze­la­nin, nie ob­ję­ło jed­nak swym za­się­giem wnętrz­no­ści Pen­ta­go­nu. Na fo­rach czy­tam, że lu­dzie od­ra­dza­ją kupno miesz­kań w tym re­jo­nie, bo pełno tam „mar­gi­ne­su”. Te prze­stro­gi są chyba sku­tecz­ne, bo czyn­sze w Pen­ta­go­nie i na całej ulicy Stavbárskiej są o po­ło­wę niż­sze niż w każ­dej innej czę­ści Bra­ty­sła­wy.

Nie dane bę­dzie nam spę­dzić wię­cej czasu w Pen­ta­go­nie, bo nasza obec­ność, a zwłasz­cza nasz apa­rat fo­to­gra­ficz­ny, za­czy­na­ją być dla miesz­kań­ców Pen­ta­go­nu nie­zno­śne. Nasza cie­ka­wość we­szła w fa­tal­ną re­ak­cję z ich nie­na­wi­ścią dla świa­tła dzien­ne­go i przy­by­szów z praw­dzi­we­go świa­ta. Gdy pod na­szym ad­re­sem za­czy­na­ją padać groź­by ze stro­ny męż­czy­zny z tri­ba­la­mi na ra­mio­nach i łyd­kach i gdy po chwi­li za­czy­na on iść w naszą stro­nę wy­krzy­ku­jąc, że zaraz nam roz­pier­do­li ten apa­ra­cik, do­cie­ra do nas, że czas się od­da­lić. A prze­cież nie zdą­ży­łam ni­ko­go po­czę­sto­wać ani jed­nym Ca­me­lem.