Społeczeństwo

Z Nowego Jorku ogarniętego huraganem, do Tel Awiwu pod ostrzałem

Artykuł opublikowany 16 listopada 2012
Artykuł opublikowany 16 listopada 2012
14 listopada Ahmed Jabari, szef wojskowego skrzydła Hamasu, został zabity przez siły izraelskie podczas konfliktu, w którym zginęło już 72Palestyńczyków i 3 Izraelczyków. Atak na Strefę Gazy przed wyborami (zaplanowanymi na 22 stycznia 2013 r.) jest już od lat krwawą tradycją prawicowych rządów izraelskich.
Bomby spadły na Tel Awiw po raz pierwszy od wojny w Zatoce Perskiej, a rakiety zostały wystrzelone w kierunku Jerozolimy po raz pierwszy od 1970 r.

Trzy tygodnie temu pierwszy raz w życiu pojechałam do Nowego Jorku. Po wylądowaniu usłyszałam komunikat, że zbliżająca się burza będzie bardziej niebezpieczna niż wcześniej przypuszczano. Oglądając wiadomości w wynajętym mieszkaniu na Brooklinie, zdałam sobie sprawę, że pozostanie w Nowym Jorku nie jest najlepszym pomysłem. Szalona pięciogodzinna ucieczka w kierunku Maine, z huraganem Sandy depczącym nam po piętach i drogami zamykanymi zaraz po naszym przejeździe, wywróciła wszystkie moje plany do góry nogami. Z myślą, że najgorsze już za nami, wróciłam tydzień później do Nowego Jorku, żeby poznać miasto. Zwiedzałam muzea, obejrzałam wybory prezydenckie w barze społeczności LGBT na Christopher Street (Greenwich Village) i robiłam zdjęcia cudownej nowojorskiej jesieni, a wszystko to w błogiej nieświadomości tego, co czeka na mnie w Izraelu.

Kiedy zamieściłam na Facebooku ostatni wpis z Nowego Jorku, informując moich znajomych o powrocie, ktoś odpisał: ''Radziłbym Ci tam zostać. Tutaj pewnie od razu będziesz musiała uciekać do schronu”. Pomyślałam, że sobie żartuje i nawet śmiałam się z tego razem z haitańskim taksówkarzem, który wiózł mnie na lotnisko. Lądowanie w Tel Awiwie odbyło się zupełnie normalnie, nic niezwykłego. Wróciłam do domu, rozpakowałam walizki, powiesiłam nowe sukienki w szafie i zabrałam się do jedzenia kolacji. Wtedy nagle usłyszałam alarm. Całkowicie przyzwyczajona do ewakuacji, zostałam w domu i zaczęłam przeglądać wiadomości w Internecie, żeby się upewnić: Izrael zabił lidera Hamasu. Według Gershona Baskina, izraelskiego pacyfisty, który udzielił wywiadu dziennikowi ''Haaretz”, zamach na Ahmeda Jabari został przeprowadzony teraz, w okresie kiedy trwają negocjacje w sprawie stałego układu pokojowego pomiędzy Izraelem a Palestyną.

Z mojego mieszkania w dzielnicy mieszkaniowej Neve Eliezer, w południowo-wschodniej części miasta, można od czasu do czasu usłyszeć spadające bomby. W telewizji nigdy nie kończącą się propagandą, próbująca usprawiedliwić wojnę, która po raz kolejny wybucha tuż przed wyborami (przesuniętymi z października 2012 r. na przyszły styczeń). Po wielokrotnym pakowaniu i rozpakowywaniu walizek w ciągu ostatnich trzech tygodni, tym razem pakuję się w sposób, jakiego zawsze najbardziej się obawiałam – pakowanie w przypadku alarmu. Każdy, nawet najmniej istotny dokument, musi znaleźć się w walizce – paszport, dowód osobisty, akt urodzenia, dyplom ukończenia studiów. Kika ciepłych swetrów. Suchy prowiant. Woda. Lekarstwa. Po tym wszystkim, czas na najtrudniejszą decyzję: ''Jaki przedmiot jest dla mnie najcenniejszy?”. Przez głowę natychmiast przelatują mi: gitara, książki Neila Gaimana z autografem autora, pamiątki z wcześniejszych związków. Podchodzę do skrzynki z biżuterią. Najlepszym sposobem na stwierdzenie, który z naszyjników jest moim ulubionym, jest wybranie tego, który założę chowając się przed bombardowaniem. Są tylko dwie rzeczy, które najbardziej chciałabym ocalić – laptop i aparat, bez których nie mogę pracować.

Wciągam na siebie jeansy i ukochaną koszulkę. Na razie jednak jeszcze nie schodzę do schronu. Może to mój optymizm, a może szaleństwo, ale nawet kiedy bomby spadają wokół mnie, wolę zostać tam, gdzie jest dostęp do Internetu i pracować. Jednak kiedy już po mnie przyjdą, będę gotowa. Mam przecież mój fioletowy naszyjnik.

Fot.: (cc) [ changó ]/ Riccardo Romano/ flickr/ riccardo-romano.com